piątek, 14 lutego 2014

Filmowy Piątek. Klasyka Kobiecego Kina (I)

Po całym tygodniu, wypełnionym po brzegi zajęciami różnej maści, mam ochotę na chwilę tylko dla siebie. Kiedy Ben zamyka oczka śniąc, jest wieczór a światło już nie "te", zamiast książki wybieram film. Taki, który zabierze mnie w przyjemną podróż, wzruszy, rozweseli, zaprze dech w piersiach, czy zaskoczy. Dlatego rozpoczęłam kompletowanie swojej własnej filmoteki. Jednak nie jest to pogoń za nowościami. Wręcz przeciwnie, to moja subiektywna lista Klasyków Kobiecego Kina, w której będę prezentować wybraną pozycję w każdy Filmowy Piątek. Pozycje do których lubię wracać, które są ponadczasowe i zawsze warte obejrzenia.



Być może jeszcze tego o mnie nie wiecie, ale uwielbiam "stare" kino, tamnten czar, muzykę, którą też wolę od tej współczesnej. Taka staruszka kulturalna ze mnie. Nawet western z przyjemnością obejrzę, ale to akurat pewnie dlatego, że doskonale pamiętam i z sentymentem wspominam, niedzielne południa, kiedy nadawali właśnie jakiś western, a ja waraz z moim Tatkiem siadaliśmy przed ekranem. Byliśmy wtedy już po pysznym obiedzie, który w niedziele zawsze gotował mój Tatko i pachniało nim już o jedenastej. W samo południe byliśmy gotowi na dziką strzelaninę. Nie martwcie się jednak, westernów proponować nie będę.

Wracając do naszego cyklu...

Być może ktoś z Was skusi się na powrót do klasyki i odpręży oglądając w weekend przyjemne kino. Macie ochotę się przyłączyć? Ja mam swoich faworytów, jeśli jednak chcecie podrzucić jakiś tytuł, to będzie mi bardzo miło. Możemy taką filmotekę stworzyć razem.

Na początku jako, że rozpoczęcie cyklu przypada w Walentynki, proponuję coś lekkiego, romantycznego, z niemałą dawką humoru.

"Jak poślubić milionera" (How to Marry a Millionaire)
rok produkcji: 1953
reżyseria: Jean Negulesco
występują: Betty Grable, Marilyn Monroe, Lauren Bacall, Rory Calhoun, Cameron Mitchell, William Powell.

To opowieść o trzech atrakcyjnych modelkach: Schatze, Poli i Loco, które mają wspólny cel. Każda z nich chce jak najszybciej wyjść za mąż. Jednak stawiają warunek, nie chodzi im bowiem o "zwykłego" gentlemana, kandydat musi być milionerem!



Aby to osiągnąć urocze blondynki uknuły misterny plan. Wynajmują luksusowy apartament na Manhatanie, starają się bywać w towarzystwie i żyją ponad stan. To porwadzi do niejednej wyprzedaży eleganckich mebli, czy zakupów na koszt nowo poznanych gentleman'ów.



Bohaterki filmu różnią się od siebie na każdym kroku. Schatze, jest bardzo zdeterminowana, Pola przez swoją wadę wzroku i niechęć do noszenia okularów mało rozgarnięta, a Loco plasuje się gdzieś pomiędzy. Każda z nich na swój sposób dąży do znalezienia idealnego kandydata na męża. Po drodze spotykają je zaskakujące, czasem niezbyt miłe, a czasem śmieszne sytuacje. Czy uda im się "złapać" milionera? Czy wybiorą małżeństwo dla pieniędzy? Czy naprawdę tego właśnie chcą?





Kadry pochodzą z filmu "Jak poślubić milionera"



Miłego oglądania! I...








Judyta.





środa, 12 lutego 2014

Dziecko a technologie.



Coś mnie zaczęło przerażać. Od początku przecież pewna byłam, że moje własne dziecko niewolnikiem technologii nie będzie. Wprawdzie nie zaliczam się do żadnej skrajności, wiem, że dzisiejsze czasy są jakie są i zupełnie uciec przed tym się nie da. Nie oszukujmy się, jeśli odetniemy dziecku dostęp do wszystkich nowości technologicznych, to napewno tym sposobem w istocie nie działamy na jego korzyść. Ot choćby, obsługa komputera w dzisiejszym świecie pracodawców, to zupełna podstawa.
Wspaniale wspominam dzieciństwo bez internetu, tabletów, iphone, x-boxa, laptopa itp. gdzie jedynym sposobem na spotkanie było umówienie się następnego dnia na trzepaku o tej samej porze. Wspólne zabawy to było chowanego, a nie gry przez portale społecznościowe. Jednak nie ma co się oszukiwać, te czasu już nie wrócą. Dziś rzeczywistość jest inna. Komputery w większości są nieodłącznym narzędziem pracy, telefon formą kontaktu ze współpracownikami, rodziną, znajomymi, przykłady można mnożyć.
Wiem jednak, że nie pozwolę na to, aby świat "maszyn", telewizji, gier, komputera, świat wirtualny pochłonął Bena bez reszty, bez żadnej kontroli. Dzieci, to zdolne bestie i przyswajają wiedzę w takim tempie, że ciężko za nimi nadążyć. Nie raz i nie dwa Ben widzał jak rozmawiamy przez komórkę, jak piszemy wiadomość, jak zmieniamy kanał w tv (choć ten akurat mało jest u Nas używany). I teraz, kiedy uda mu się na moment dorwać pilot, odrazu kieruje go na tv i trzyma w górze z nadzieją, że ten się uruchomi. Jak tylko zdoła przechwycić na moment telefon, to przykłada do ucha, albo patrzy na niego i przesuwa po nim palcem. Wiadomo, że to naturalne iż powtarza to, co zobaczył, ale On jest przekonany o tym, że wszystko uruchamia się palcem. Po każdym urządzeniu jeździ swoimi malutkimi paluszkami i kiedy tak na niego patrzę, uświadamiam sobie, że technologia wkrada się do jego życia od samego początku. On nie będzie wiedział jak to jest żyć w świecie bez komórek, tabletów, smartfonów. Bynajmniej nie dlatego, że zamierzamy puścić go "samopas", ale dlatego, że tego świata już nie ma.
Być może przesadzam, ale martwi mnie wizja ludzi którzy nie doświadczyli życia bez tych wszystkich ułatwień, machnięcia ręką na dany sprzęt, czy ledwie poruszenia jednym palcem. Czyżby projekcja populacji leżącej nieustannie w jakimś kosmicznym fotelu ze zdalnym sterowaniem i wszystkim czego nam potrzeba na jedno kliknięcie była coraz bardziej realna?

Zdecydowanie mnie to przeraża...


zdjęcie




Judyta.





niedziela, 9 lutego 2014

Kity mama silesia roku 2013

Pmyślałam ostatnio, że skoro powstała lista "hity mama silesia roku 2013" to nie może zabraknąć również listy kitów. Może nie jest to najprzyjemniejsze zadanie, jednak wiadomo przecież, że nie wszystko, co kupujemy działa tak jak powinno. Choć staram się robić przemyślane zakupy, to wpadek nie sposób uniknąć. Być może uda mi się uratować kogoś przed niepotrzebnym wydatkiem. Zaznaczam, iż mimo negatywnej oceny o danym produkcie, nie skreślam z góry całej marki. Może się przecież zdarzyć, że akurat ten produkt "nie udał się" producentowi, lub najzwyczajniej w świecie nie odpowiadał naszym wymaganiom.

Oto lista naszych kitów 2013 roku:

1. Kubek niekapek i kubki ze składanym dziubkiem.



Naszym pierwszym kubkiem, jaki dostał Ben, był kubek ze składanym dziubkiem Tommee Tippee. Ogólnie muszę przyznać, że jest bardzo wytrzymały i nic się w nim nie popsuło w końcu mamy go aż do dziś, ale nie da się wypić z niego płynu do końca. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie fakt, że teraz Ben lubi pić z niego mleko, a nie może wypić całości i kiedy sam trzyma kubek, notorycznie składa mu się ten dziubek. Z innych produktów tej firmy jestem zadowolona.

Kubek ze składanym dziubkiem z Baby Ono. Po tygodniu używania "poszła" uszczelka i kubek do wyrzucenia. Fakt, że jego cena jest bardzo niska (ok.7zł) jednak zważywszy na to, że działa tak krótko, to zakup zupełnie nieopłacalny.

Kubek niekapek Nuby. Nie mam jego zdjęcia, bo wyrzucony. Po bardzo krótkim czasie gumowy ustnik popękał i kubek szybko stał się "kapkiem" a nawet "lejkiem"

Ogólnie rzecz biorąc zawiodłam się na tego typu "akcesoriach" (teraz korzystamy z bidona, wspominałam o nim w poście "hity..."). A Wy macie dobre doświadczenia z wszelkiego rodzaju kubkami?

2. Termometr Baby Ono.



Myślałam, że naprawdę ułatwi nam życie, bo pomiar temp. następuje bardzo szybko (3sek.), można zmierzyć temp. zarówno na czole, jak i w uchu (po zdjęciu końcówki) i ma jeszcze kilka funkcji, jednak brak tej najważniejszej - dokładnego pomiaru! Przekłamuje temperaturę. Zaniża o odbry stopień, a przecież przy gorączce dziecka, precyzyjny pomiar jest bardzo ważny. Właściwie nie mam stu porocent pewności, że przekłamuje "tylko" o stopień, być może więcej, to tylko moje przypuszczenia. Moja koleżanka twierdzi, że jej termometr (inny model, inna firma - bezdotykowy) przekłamuje o conajmniej trzy stopnie. Zdecydowała się go zareklamować, ale nie wiem jeszcze z jakim skutkiem. Czy wszystkie "nowoczesne" termomerty są tak nieprecyzyjne?

3. Klocki z Biedronki.



Ogólnie z zabawek kupowanych w tym sklepie jestem bardzo zdowolona. Mamy pudło drewnianych klocków, drewniane puzzle (które jeszcze czekają na Bena), ciężarówkę z piłeczkami i TE plastikowe klocki. Do kupienia było kilka rodzajów, my wzięliśmy te największe, żeby były bezpieczne. Wszystko byłoby całkowicie wporządku, gdyby nie to, że klocki wogóle się siebie nie trzymają. Ilekroć chcę zbudować Benowi autko (w zestawie są kółka, a Ben przepada za autkami) koła natychmiast odpadają i nici z jazdy. Zresztą pozostałe klocki też "nie trzymają się kupy". Nie wiem, czy trafiliśmy na felerny egzemplarz, czy wszystkie są takie. Może ktoś kupił i jest zadowolony?

4. Drewniane klocki-pudełka.




Wiem, że wiele z Was je ma. Ja byłam pewna, że zakochamy się w nich od pierwszego wejrzenia. Jednak już w momentcie otworzenia przesyłki okazało się, że największe pudełko jest źle sklejone. Pomyślałam, że nie chce mi się reklamować, pozostałe wydawały się być ok. Kosztowały niewiele (35zł) więc nie miałam też gigantycznych wymagań. Jednak po dosłownie kilku dniach zaczęło rozklejać się kolejne, a potem kolejne i tak posypała się cała seria. Udało mi się uratować trzy i używam ich jako pudełka na przybory na komodzie Bena :-) Tych ze zdjęcia powyżej już dawno nie ma...



I tutaj znowu nie wiem, czy jesteśmy pechowcami minionego roku i trafiliśmy na felerny egzemplarz, czy te klocki mają taką krótką żywotność, a ja się niepotrzebnie czepiam :-).



A jakie są Wasze Kity? Mam nadzieję, że nie mieliście żadnych.






Judyta.





sobota, 8 lutego 2014

ankieta mama silesia

Ponieważ strasznie jestem ciekawa Waszych preferencji, tego, co Wam odpowiada, a co mniej i jak się tutaj czujecie, stworzyłam ankietę. Mam nadzieję, że uda mi się namówić Was do poświęcenia chwilki na jej wypełnienie, a Wasze anonimowe odpowiedzi, pozwolą mi na sprawienie aby mama silesia była dla Was miejscem jeszcze ciekawszym i jeszcze bardziej pożądanym, jakkolwiek nieprzyzwoicie by to nie zabrzmiało :-)




Zatem na weekend zostawiam Was z czymś lekkim, łatwym i mam nadzieję przyjemnym :-)

Aby wypełnić ankietę wystarczy kliknąć w link poniżej:

ANKIETA MAMA SILESIA


Dziękuję Tobie, Tobie i Tobie! Każdemu razem i z osobna!




Judyta.

czwartek, 6 lutego 2014

Last month

W tym roku postanowiłam tworzyć podsumowanie każdego miesiąca w zdjęciach. Będzie zawierało to, co działo się na blogu (tylko wybrane rzeczy), a także dodatkowe zdjęcia tego, co nie trafiło do żadnego posta. Dajcie znać, czy macie ochotę oglądać takie zestawienia :-).
Bądzcie wyrozumiali, bo to moje pierwsze i lecimy!

Last month STYCZEŃ 2014

Ben postawił swoje pierwsze samodzielne kroczki!




Braliśmy udział w sesji na Dzień Babci i Dzień Dziadka

zza kulis


sesja



Moja ostatnia słabość, ciasteczka brownies z mlekiem


Kontynuowaliśmy projekt Samo_Się i... nie dokończyliśmy. Wstyd mi przed soba samą, bo ostatniego tygodnia nie zrealizowaliśmy na blogu, choć bawiliśmy się w temacie. Niemniej jednak wolę wspominać to, co dobre, a dobre było to, że 8 tygodni przykładaliśmy się do zadań :-)


Nowa miłość Bena. Ciągnie ten samochód ze sobą wszędzie. Pewnie doskonale wiecie z jakiego sklepu był i jak mało kosztował :-)


Przygotowaliśmy się na mrozy, które bardzo szybko zamieniły się w temperatury na plusie. Mimo to ja nadal twierdzę, że prawdziwa zima jeszcze przed nami (choć bardzo chciałbym się mylić).


Dostaliśmy według mnie bombową Pannę na wydaniu od aleLARMO. Jeszcze raz dziękujemy. Już pierwszego dnia Ben zabrał tą Pannę do swojego łóżeczka (!) ale nie martwcie się, jako niegotowa na oddanie swojego Królewicza innej Pannie sprawdziłam, że tylko smacznie spali :-). A potem zabrał ją na przejażdżkę swoją bryką. Chyba kroi się z tego coś większego. Jestem całkowinie niegotowa na synową!



To już wszystko, myślę że z czasem zestawienia będą dłuższe i ciekawsze :-)
Dajcie znać, czy wogóle kontynuować.




Judyta.





wtorek, 4 lutego 2014

Być wartą milon $...

Każda kobieta, bez względu na to, czy jest matką, żoną, siostrą, młoda, czy nieco starsza, wyższa, czy niższa... potrzebuje czasem "wyglądać jak milion dolarów". Czuć się pięknie, dobrze we własnej skórze. I nie ma znaczenia, czy dadzą nam to prawdziwe perły, czerwona szminka, piękna sukienka, wysokie szpilki. Bo dla każdej z nas milion dolarów ma tak naprawdę inną wartość. Równie dobrze może to być zmysłowy zapach, czy poczucie spełnienia w życiu.




Dziś chciałam Wam pokazać, że za przysłowiowe grosze też można poczuć się jak milion dolarów. Pamiętacie mój sylwestrowy zestaw?


To właśnie on sprawił, że czułam się wspaniale i wiedziałam, że będzie to udany wieczór nim na dobre się rozpoczął. Bo dawał mi poczucie mojego miliona na sobie. Jednak w rzeczywistości kosztował mnie zaledwie kroplę tej sumy. Ośmielę się nawet stwierdzić, że była to nanokropla. Oczywiście, że mogłam pokusić się o kupienie wspaniałej, nowej kreacji prosto z butiku (oczywiście nie za milion), jednak nie byłabym sobą, gdym nie spróbowała inaczej. Bo dla mnie właśnie największą wartość mają rzeczy, które potrafimy dostrzec w tłumie tych zapomnianych, obdarzyć je jednym spojrzeniem i wiedzieć, że ich blask dopiero rozbłyśnie. Widzieć oczyma wyobraźni milion, nawet kiedy cena na metce opiewa na siedem złotych. Dokładnie tyle kosztowała mnie ta sukienka z SH, a drugie siedem torebka, wypatrzona nieco wcześniej, wiedząc, że doczeka u mnie swojej premiery.

Ale tak naprawdę moim milionem dolarów było wyjście z mężem, spotkanie z grupą przyjaciół, noc w dorosłym gronie. Kocham Bena nad życie i każdą spędzoną z nim chwilę, jednak taka noc pozwala naładować baterie, zrobić coś dla siebie, po prostu świetnie się bawić i odstresować. To był mój milion :-)





A czym jest dla Was milion dolarów?





Judyta.




niedziela, 2 lutego 2014

Paprykarz z kaszy jaglanej.


W niedzielne popołudnie można pokusić się o zrobienie paprykarzu, który zaserwujemy dzieciom. Przepis znalazłam w sieci jednak nieco go uprościłam, zmodyfikowałam i otrzymałam banalny w wykonaniu i jednocześnie odpowiedni dla dzieci przysmak na kanapki. Nie będę zamieszczać typowej "instrukcji", gdyż najlepiej potraktować go jako bazę dla własnych wariacji :-) U nas, ponieważ miałabyć to wersja dla Bena, zrezygnowaliśmy z soli i pieprzu. Wiem też,że kiedy będę robić go po raz kolejny, dorzucę natkę pietruszki lub szczypiorek już do środka.


w osobnym garnuszku gotujemy jeszcze marchewkę.



razem z ugotowaną marchewką.


i gotowe!



A po jedzeniu czas na dobrą książkę. Pamiętacie jeszcze, że do końca stycznia był czas na zapisy do zabawy:



w której dwie osoby dostaną odemnie książki dla dzieci lub rodziców?
Nastał zatem czas ogłoszenia wyników. Poproszę o adresy na mail: mamasilesia@gmail.com

Anna S.
Iwona


Dziękuję Wszystkim za udział w zabawie!




Judyta.