sobota, 29 listopada 2014

Pomysły DIY na prezenty świąteczne.

Jako, że w tym roku spędzamy Święta daleko od domu (ale z całą pewnością w domowej atmosferze, ze wspaniałymi ludźmi! )i wyruszaliśmy na nie już w listopadzie, nasze prezenty powstały odpowiednio wcześniej (tak żebyśmy zdążyli je spakować do walizki). Oj jak ja nie mogłam się doczekać, żeby je w końcu móc Wam pokazać i jeszcze bardziej nie mogę się doczekać żeby je wręczyć :). Dość zabawnie było przygotowywać reniferka i świąteczne opakowania, kiedy za oknem temperatura oscylowała w granicach 16 stopni na plusie, świeciło słońce, a na drzewach były jeszcze liście. Poczułam magię świąt szybciej niż cały przemysł :) (no dobra to niemożliwe).

Zacznę od prezentu Bena. Podobnie jak rok temu wykonaliśmy obrazek odbijając paluszkiem wzór. Najpierw wycięłam kształ renifera, potem nałożyłam go na białą kartkę, umazałam paluszek Bena, odcisnęłam tyle razy by pokryć całość, podpisałam i gotowe :). Jeśli potrzebujecie dodatkowej instrukcji to zajrzyjcie koniecznie do zeszłorocznego posta (tam obrazki są na płótnach, a paluszki bardziej widoczne), w którym wszystko pokazuję na zdjęciach krok po kroku: "na tropie dobrych pomysłów. Trzeci post świąteczny"


I pierwszy własnoręczny podpis Bena :)


Tak wygląda zapakowany prezent :)




Dla malutkiej kruszynki uszyłam kołderkę. Wykonanie jest proste i myślę, że nawet szyciowy laik sobie z tym poradzi :)



Do prezentu dołożyłam jeszcze książkę, ze świetnymi śmiesznymi rymowankami Pierdziołki, przy której można i samemu nieźle się ubawić :) Sami mieliśmy już jednego Pierdziołkę, zaopatrzyliśmy się też w kolejną pozycję (wiem, że te książki, to nie moje DIY, ale nie mogłam się powstrzymać, bo uwielbiam) :)




Dla kochanych P&P ozdobiłam kubki motywem który widziałam w sieci, ale przede wszystkim u Magdy (Mam nadzieję, że się nie gniewasz za własne wykonanie tego motywu, ale nie byłabym sobą gdym czegoś sama nie spróbowała, no i tak bardzo chciałam podarować coś od siebie. Obiecuję że to jednorazowy wybryk) :)
Jeśli kogoś interesuje instrukcja, to w sieci jest pełno, ja mogę polecić Wam tą którą sama sprawdziłam. Napis wykonujemy zwykłym flamastrem sharpie (ten do tkanin się nie nadaje) i zapiekamy kubki w temp. 220C przez 45 min. (wstawiamy do zimnego piekarnika), potem studzimy, poprawiamy napis/wzór, bo z pewnością zblaknie i pieczemy jeszcze raz tak samo. Uważajcie żeby kubki były z porcelany, lub z zaznaczeniem że nadają się do wypiekania, inaczej mogą popękać. Używamy/myjemy dopiero po całkowitym ostygnięciu. Kubki nie nadają się do mycia w zmywarce.


Na moich kubkach z drugiej strony są jeszcze imiona obdarowanych, tak aby bardziej je spersonalizować, ale tego już nie ujawnię, musicie wierzyć mi na słowo :)




I jeszcze inny kubek, który też jest prezentem. No dobra, wiem, że mój talent nie jest wybitny, ale liczę na poczucie humoru obdarowanego :).




Jeśli chcecie więcej inspiracji na prezenty świąteczne i nie tylko, to zerknijcie do powiązanych postów:

Pierwszy post świąteczny
Drugi post świąteczny
Trzeci post świąteczny
Czwarty post świąteczny
Piąty post świąteczny
DIY prezenty dla bobasa


Wiem, że przez wyjazd jest mnie nieco mniej obecnie, ale postaram się znaleźć więcej czasu na blogowanie. Gdzie te dni tak uciekają, to nie mam pojęcia, jednak wspaniale tak przezimować za granicą nawet jeśli to nie ciepłe kraje :)

Miłego weekendu!









Judyta.






środa, 26 listopada 2014

Jak się spakować do bagażu podręcznego i się zmieścić?

Czy Wy też macie problem z efektywnym pakowaniem walizki na wyjazd? Ja przez długi czas popełniałam typowe błędy przy pakowaniu bagażu, czego efektem była sterta niepotrzebnych rzeczy i braki w tych niezbędnych. Byłam ofiarą stwierdzenia "wezmę to na wszelki wypadek", który oczywiście nigdy nie następował, a w walizce zalegała masa niewykorzystanych ubrań. Jeszcze w te wakacje, kiedy dwa tygodnie spędziliśmy w UK okazało się, że 1/3 mojego bagażu to rzeczy których ani razu nie założyłam. Wpadłam w pułapkę wyjmowania ciuchów z szafy i co rusz wykrzykiwania "o to jest fajna bluzka/spódniczka/sukienka/ spakuję ją, napewno mi się przyda" Taaaa jasne.



Do tej pory byłam jednak w komfortowej sytuacji bagażu rejestrowanego o wadze do 32kg. bagażu podręcznego i nie oszukujmy się, miejsca w walizce M. :) A wybierałam się tylko na dwa tygodnie. Teraz moja misja spakowania się przeszła na poziom ekspert. Dwa bagaże podręczne o maksymalnej wadze 10 kg. (that's it!), a pobyt to 7 tygodni. Z dzieckiem! No weź tu się człowieku (no dobra kobieto, zaznaczmy to) spakuj. Te wszystkie ubrania, potrzebne, najpotrzebniejsze przecież, no i ubranka, mleko, a nawet Miś!

Postanowiłam więc ustalić kilka regół, których warto się przy takim pakowaniu trzymać. Niby wszystko takie proste, oczywiste, ale do tej pory jakoś mi do głowy (walizki) wpaść nie chciało :)

1. Mniej znaczy więcej.

O jakie to odkrywcze :). Ale właśnie to minimum zapewni nam dorgę do sukcesu. Tak jak pisałam wyżej często padałam ofiarą brania czegoś "na wszelki wypadek" zamiast postawić na sprawdzone zestawy. W efekcie zawsze było tego za dużo. Nie warto brać ślicznej bluzki, która niestety pasuje tylko do jednych spodni. Zajmie w bagażu cenne miejsce, a w najlepszym wypadku założymy ją raz. Najlepiej postawić na ciuchy które pasują do kilku okazji, są uniwersalne, wygodne i po prostu dobrze się w nich czujemy. Wystarczy kilka sztuk (pod warunkiem, że jedziemy na krótko, lub mamy dostęp do pralki), które będziemy nosić wymiennie i stworzymy z nich kilkanaście ciekawych propozycji.


2. To, co Cię uwiera załóż na siebie :)

Oczywiście nie namawiam Was tutaj do zabierania niewygodnych rzeczy, wręcz przeciwnie. Mam na myśli to, co uwiera Was przy pakowaniu. Macie do zabrania grubą kurtkę? Ulubiony kapelusz? Duże buty? Zastanawiacie się jak to upchniecie do malutkiej walizeczki? Otóż nie musicie. Załóżcie te rzeczy na siebie. Podróżując samolotem nie ma limitu odzieży, którą możecie mieć na sobie. Nie musicie się też w ciepłej kurtce grzać, spokojnie można trzymać ją w ręku. Ja przed wylotem sprawdzałam pogodę w Londynie przynajmniej na kilka dni do przodu i choć temperatura miałabyć wyższa niż w PL wiedziałam, że na sobie będę mieć mój zimowy płaszcz.

3. Spakuj to, co się nie gniecie.

Perfekcyjna Pani Domu pewnie dostałaby palpitacji serca, ale wychodzę z założenia, że praktycznie nic nie trzeba prasować. Serio. W mojej szafie mam może (niech no się zastanowię...) trzy rzeczy, które mają zaszczyt obcować z żelazkiem. Reszta tego nie wymaga, albo na tyłku się rozprostuje :) Zresztą już przy kupowaniu ubrań widząc, że coś złowieszczo się do mnie uśmiecha "będziesz musiała mnie prasować" omijam szerokim łukiem. M. prasuje o niebo więcej rzeczy i niezmiennie mu się dziwię. Zatem wiem, że nie wszyscy wyznają tą samą zasadę, co ja i lepiej pomyśleć wcześniej. Jeśli nie będziemy mieć dostępu do żelazka (pfff), to lepiej nie zabierać ulubionej, ale szalenie pomiętej po jednym ruchu koszuli.


4. Mini miniaturki. Kremik? Lakierek do włosów? Szamponik?

Jeśli nie mamy miejsca w walizce, albo wybieramy się na krótki wypad, to zrezygnujmy z całej butli szmponu, odżywki, żelu pod prysznic, tuby kremu, czy wielkiego flakonu perfum. W drogeriach, a nawet hipermarketach (widziałam nie raz) są regały ze specjalnymi minaturkami produktów, które można zabrać nawet do bagażu podręcznego. Do kupienia są także specjalne puste małe pojemniczki które możemy napełnić ulubionymi kosmetykami. Zastatnówmy się też czy nie możemy kupić niektórych z tych produktów na miejscu lub skorzystać z zasobów gospodarzy (se se se) :)


5. Dobry research to podstawa.

Warto pamiętać o sprawdzeniu pogody i ogólnej aury w miejscu do którego się udajemy. Oczywiście pogoda zmienną jest, ale da nam to pewne pojęcie w jakim kierunku podążać. Jeśli mamy przeczucie (a w takim Londynie na przykład, to więcej niż przeczucie), że będzie pochmurno, szaro, buro, to nie zabierajmy zwiewnej garderoby, którą nomen omen zwieje nam pierwszy lepszy podmuch zimnego wiatru.


6. Morze, góry, czy Mazury...

Dobrze jest zastanowić się co my tam właściwie zamierzamy robić. Jedziemy zwiedzać? Postawmy na wygodę, bo nic tak nie dobija jak uwierające buty podczas zwiedzania. Jedziemy poszaleć ze znajomymi (auć, kiedy to ostatni raz było...) ? Pomyślmy o sukience, która nie dość, że zapewnia nam kompletny strój (no dobra o tej porze roku z rajstopami), to przy odpowiednich (niewielkich!) dodatkach, będzie się nadawać zarówno na dzienny wypad, jak i wieczorne wyjście. Jedziemy w góry? Zrezygnujmy zatem z cudownych kreacji i wysokich szpilek, na rzecz wygodnych butów i odpowiedniej odzieży...


7. Ile sprzętu tak naprawdę potrzebujesz?

Nie oszukujmy się, kobietom sprzęt też nie jest obcy :). Może używamy nieco innych zabawek, ale też mamy co ze sobą taszczyć. Suszarka do włosów, lokówka, prostownica, a może masażer do stóp? :D Przyznam, że jestem uzależniona od prostowania grzywki. To ogólnie dziwne, bo moje włosy naturalnie lekko się falują i to mi się podoba, ale nienawidzę pofalowanej grzywki (kobiety...). Choć i tak nie mam takiej standardowej ściętej równo, tylko zaczesaną na bok, którą z łatwością mogę schować za ucho. Zatem na minutkę ją włączam, przejadę trzy razy po paśmie włosów, które opada mi na prawą stronę i gotowe, spokój duszy zapewniony. Ale czy naprawdę warto taszczyć ze sobą prostownicę, zajmować miejsce w walizce dla tak małej czynności? Czy naprawdę jej potrzebuję? Otóż podczas dwutygodniowego wyjazdu jej nie miałam i o dziwo świat się nie zawalił. Zatem zastanówmy się, czy sprzęt jest nam absolutnie niezbędny, sprawdźmy też, czy nie ma na miejscu tego, co potrzebujemy, albo umówmy się, że ja wezmę prostownicę, a koleżanka, czy ktoś z rodziny (jeśli podróżujemy razem) np. suszarkę.


8. Gdzie upchać Misia, a gdzie pieluchy.

Nie trzeba odrazu pakować całej maleńkiej garderoby, a postawić na kilka zestawów, które sprawdzą się w każdej sytuacji. Ubranie "na cebulkę" zawsze da radę. Pamiętajmy też o spakowaniu gotowego zestawu zapasowego ubrania, tak aby było można łatwo i szybko je w razie potrzeby wyciągnąć. Podczas jednego z naszych lotów w wakacje Ben tak namiętnie się wyrywał, że pieluszka przeciekła mu bokiem i zmoczył sobie spodnie. Wtedy zapasowe ubranie na górze bagażu podręcznego było jak znalazł. Miejmy też pod ręką picie i jakąś przekąskę (przed odprawą możemy mieć swoje, a potem kupić w strefie bezcłowej), ulubioną zabawkę, kocyk, czy książeczkę.


9. Wish list vs. Real list

Pakowanie, a raczej planowanie pakowania najlepiej rozpocząć już na kilka dni/ tydzień przed wyjazdem (oczywiście w przypadku dłuższego wypadu, a nie weekendowego). Zróbmy sobie listę rzeczy które musimy ze sobą zabrać, które chcemy przy sobie mieć. Realnie oceńmy, co jest nam potrzebne, co musimy jeszcze dokupić, załatwić. W ten sposób bez paniki ocenimy jak dobrze jesteśmy przygotowani, będziemy mogli coś dopisać kiedy nam się przypomni, nanieść poprawki i przy pakowaniu będziemy mieli jeszcze szansę odrzucić to, co zbędne i ograniczyć się do praktycznego minimum.


10. Stosuj się do rad i obejrzyj ten filmik :)





A jak Wam wychodzi pakowanie? Ja wciąż mistrzem w tej dziedzinie nie jestem i muszę sobie przypominać o niektórych rzeczach, ale zdecydowanie lepiej mi to wychodzi niż 1/3 zmarnowanego miejsca w walizce, jak jeszcze niedawno :) Jak macie jakieś swoje triki, to podzielcie się.



zdjęcie.






Judyta.






czwartek, 20 listopada 2014

10 powodów dla których wciąż wracam do Londynu.

W Londynie byłam dobrych kilka razy w kilku odsłonach. Był (nie raz) wypad z przyjaciółkami, byłam z M., byliśmy rodzinnie. Byłam latem, byłam jesienią, a teraz będę i zimą. Zatem widziałam to miasto ubrane w różną szatę kolorystyczną, porą wieczorową i tą za dnia, zwiedzając turystyczne atrakcje, jak i skręcając w zwykłą uliczkę. A jednak wciąż czuję niedosyt, magnetyczne przyciąganie...

Oto moje 10 powodów dla których wciąż wracam do Londynu, choć teraz, kiedy zaczęłam przygotowywać tą listę, stwierdzam, że bez problemu mogłoby ich być 50.


1. Ludzie.

To zdecydowanie wielka zaleta Londynu. Choć mówi się, że prawdziwych anglików w tym mieście można szukać na próżno, to przecież gdzieś tam jeszcze są :) A tak na poważnie, to właśnie ta wielokulturowość jest wspaniała, otwartość i spontaniczność. Podoba mi się jak są pomocni (ot, choćby przy wnoszeniu wózka w metrze), uśmiechnięci i jaki mają w sobie luz. Czy to nie wspaniałe jak ma się cały kulturowy świat na wyciągnięcie ręki? Zaczynasz rozmowę ze znajomym z Albanii, po chwili kumplujesz się z mieszkańcem Mauritiusa, by zakończyć konwersację z Rosjaninem. No a przede wszystkim są tam P&P!




2. Architektura.

Nowoczesne i stare zarazem. Centrum Londynu to niesamowicie kontrastowy krajobraz. Każdy budynek ma swoją niepowtarzalną historię i magię. Nie da się tego opisać, to trzeba po prostu zobaczyć i to na pewno nie jeden raz. A najpiękniejsze jest to, że zawsze, dosłownie zawsze jest coś nowego do odkrycia.








3. Sztuka na wyciągnięcie ręki.

Mam wrażenie, że to miasto po prostu obrasta w sztukę. Na każdym kroku możemy się z nią zetknąć. I najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie musimy mieć wypchanego po brzegi portfela, czy zmysłu skierowanego jedynie na tzw. sztukę wyższą. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Od galerii, przez muzea (z których przecież wiele jest darmowych), miusicale, rzeźby które możemy znaleźć zuepłnie niespodziewanie w jakimś zaułku, aż po ulicznych artystów. Rzekłabym, że tutaj, to własnie sztuka nigdy nie zasypia.


National Gallery.




4. Komunikacja miejska.

Niesamowicie rozwinięta i doskonale zorganizowana. Zawsze na czas i co parę minut, dojedziemy wszędzie i o każdej porze. Ale nie tylko funkcjonalność jest jej wielką zaletą, a także wygląd. Piękne stacje metra, potrafią nieraz zaskoczyć, czerwone piętrusy, dzięki którym możemy zwiedzać Londyn z biletem w ręku, czy czarne taksówki, które mają niepowtarzalny urok...





5. Jedzenie.

Okryte raczej złą sławą ma też swoich zwolenników. Przyznam, że na początku nie byłam nim zachwycona, a kiedy już ktoś zabrał mnie na "eanglish breakfast", to raz że zjadłam z ciężkim sercem połowę, a dwa, że więcej nie zamierzałam tego tknąć :). Ostatni pobyt jednak to odczarował. Angielskie śniadanie jest całkiem dobre kiedy przygotuje się je samemu, a nawet zasmakowały mi mrożone kievs stuffed with garlic and herbs zrobione w piekarniku i podane z frytkami oraz jedyną pasującą do nich sałatką której składu nikt nie znał :) Z chęcią znacznie rozszerzę zakres kulinarnych poszukiwań i rozsmakuję się na dobre w angielskiej kuchni.




6. Zwierzęta w parkach.

Zwierzaki są bardzo przyjazne, nie boją się ludzi i jedzą im wprost z ręki. Jak na przykład ta wiewiórka, która śmiało przyszła do nas po frytki :)




7. Parki.

Skoro była mowa o zwierzętach, które możemy tam spotkać, to nie można pominąć samych parków w tym zestawieniu. Są duże, ciche, zachęcające, do odkrywania ich zakątków i po prostu chce się tam przysiąć na ławce z książką w ręku lub rozłożyć koc i urządzić rodzinny piknik.





8. Zakątki, zakamarki, tajemnice.

Warto czasem wejść w nieznaną uliczkę i odkryć coś nowego. Ciekawa rzeźba? Urokliwa kawiarnia? Niszowa księgarnia? A może niezwykły budynek, który zachwyca? Kiedy byliśmy w Londynie z M. sami (przed erą Bena):) dawaliśmy się ponieść nogom i co rusz odkrywaliśmy nowe zakamarki. Uwielbiam takie zwiedzanie. Choć oczywiście trzeba być czujnym i raczej robić to w centrum za dnia, niż nocą w szóstej strefie.







9. Klimat.

To coś, co jest w Londynie niemal namacalne. Trzeba tam być, żeby to poczuć, ale jest gwarantowane. Z jednej strony czujemy się jakbyśmy odbyli podróż w czasie, byli na tropie nowej zagadki z Sherlockiem Holmes' em, z drugiej jakbyśmy przenieśli się do świata bajek i fantazji, za chwilę mieli odjechać z peronu 9 i 3/4 na King's Cross, by za moment trafić na niesamowity koncert i zakończyć jedną z misji 007.




10. Wszystko to, co jeszcze przede mną.

To miasto nigdy się nie kończy, co jest wspaniałe. Jeszcze tak wiele miejsc chciałabym odkryć, zobaczyć i poczuć. Tyle jest do zwiedzania, że chyba życia mi nie starczy, ale będę usilnie próbować. Już dziś (!) kolejna wizyta i naprawdę nie mogę się doczekać.


Stay tuned. Będę nadawać z Londynu.

A jakie są Wasze odczucia względem tego miasta? Pokochaliście je? Odwiedzacie? Macie swoją listę? :)









Judyta.






wtorek, 18 listopada 2014

Jedno dziecko, cztery wózki... czyli ktoś tu zwariował.

Muszę o tym napisać, bo serio ile można? Takiego pecha jak my, to chyba nie ma nikt. Mam dość kupowania wózków na najbliższe sto lat. Zacznijmy jednak od początku...

Będąc jeszcze w ciąży, jak każda przyszła mama, podniecona szukałam idealnego dla nas wózka. Wydatków było wtedy jednak sporo (nie oszukujmy się), więc postawiłam na odkupienie wózka od kogoś. Zatem nasz pierwszy nie był ani dizajnerski, ani wypasiony, ani nawet modny, ale był naprawdę funkcjonalny, bardzo wygodny i szczerze byłam z niego zadowolona. Do momentu przeniesienia się do spacerówki, która była mniej zwrotna i bardziej toporna w prowadzeniu.




Wtedy nadszedł moment na zakup wymarzony. Na wózek piękny i idealny (no dobra nie ma ideałów, wady zawsze się znajdą, ale można znaleźć taki bliski ideału). Przekopałam wtedy chyba cały internet, dniami i nocami szukałam takiego, który spełniałby moje wymagania (wszak byłam już nieco doświadczona i wiedziałam jakie cechy powinien mieć dobry wózek), szalenie mi się podobał, a przy tym nie zabił mojego potrfela. Dumna byłam z siebie ogromnie, kiedy znalazłam Bebetto (tutaj moja zupełnie niesponsorowana recenzja, gdyby ktoś potrzebował), bo miał piękną białą ramę, wszystkie funkcje, prowadziło się go jak marzenie i wtedy nikt takiego nie miał (serio, u nikogo go nie widziałam, ha, myślałam, że tylko ja go odkryłam :). A niedługo po moim zakupie zrobił się na niego straszny bum i był wszędzie. I to nie tak, że jestem takim guru, że to po mnie wszyscy się na niego rzucili, ale poważnie spotyka mnie to nie pierwszy raz. Kiedyś lata temu, sprawiłam sobie purpurową - jaki to był wtedy szał - motorolę V3 i cieszyłam się, że nikt takiej nie ma, a za chwilę był tak popularny, że w każdym salonie była na niego promocja i każdy miał ten tel. :) ). W każdym razie moja radość z wózka trwała całe 11 dni i ktoś bezczelnie nam go ukradł sprzed drzwi. Oj, nie chcę nawet przywoływać tych wspomnień, więc odrazu przejdę dalej. Kupiliśmy dokładnie ten sam model, tym samym płacąc podwójnie za wózek (sic, a mogłam szukać drogiego, a nie się rozdrabniać na dwa) :). Tym egzemplarzem cieszyliśmy się nieco dłużej, ale to by było zbyt proste oczywiście gdybyśmy mogli tak spokojnie go użytkować. W sierpniu polecieliśmy na wakacje do UK i podczas lotu powrotnego połamali nam jedno z kółek. Tak proszę państwa pechowcy to my. Oczywiście zauważyliśmy to dopiero w domu.




Do UK znów się wybieramy w tym tyg. i znów trzeba mieć jakiś wózek. Ben co prawda jest już dwulatkiem i dużo chodzi sam, ale po pierwsze drzemkuje i trzeba go gdzieś wtedy ulokować, a po drugie po przejściu dłuższego dystansu woła "ała" przestępując z nóżki na nóżkę i wyciąga rączki. W związku z tym, że nasz jest uszkodzony (choć trzeba przyznać, że można jeszcze nim jeździć, ale kolejnego lotu pewnie by nie przetrwał) , trzeba było... zakupić nowy. Tadam, nasz czwarty wózek! Tym razem już bez złudzeń wpadłam do dwóch stacjonarnych sklepów w moim mieście i w jednym z nich kupiłam spacerówkę - parasolkę. Lekki, szybko się składa, a Ben go uwielbia. Nawet w domu każe się wozić, a kiedy nie chce mu się jechać to łapie za rączkę z boku wózka i ładnie idzie obok. Jeśli interesowałaby Was szersza recenzja tego wózka dajcie znać.



Czy tylko my jesteśmy takimi pechowcami?







Judyta.






niedziela, 16 listopada 2014

2 latka Bena! I dekoracje urodzinowe DIY.


Wczoraj nasz mały mężczyzna skończył dwa latka! Jak to się u nas maluje?

w liczbach:

11,4 kg
16 ząbków
24 miesiące
87 cm wzrostu - podobno wysoki chłopak
92 - 96 rozmiar ubranek


w faktach:

Przez kilka ostatnich miesięcy Ben poczynił ogromne postępy w mowie. To niesamowite jak jednego miesiąca mówi zaledwie kilka słówek więcej, co już ogromnie cieszy, a następnego startuje jak rakieta i usiłuje mówić wszystko co usłyszał. Oczywiście nie potrafi jeszcze wymówić każdego słowa, niektóre są za trudne, inne mówi bardziej jeszcze "po swojemu", ale już jest w stanie tyle powiedzieć że szok. Jestem z niego bardzo dumna i myślę, że każda mama która doświadczyła ten etap, kiedy jej dziecko zaczyna na poważnie mówić (!) wspomina niesamowicie :)
*
Rozpoznaje na zdjęciach siebie - wykrzykuje wtedy "Ben!", poznaje też na fotkach mamę i tatę.
*
Wciąż jego najlepszym przyjacielem jest Miś, zaraz po nim jest pluszowy piesek o imieniu Pepito (gdzieś zasłyszałam to imię i zostało) :), a Ben czasem woła na niego "Pepipo" :)
*
Ma w zanadrzu dużo słówek, ale zwykle łączył je w dwuwyrazowe zwroty jak: "papa ciocia", "nie ma taty", "mama iść" itp. a dziś pierwszy raz powiedział trzywyrazowe zdanie: "mama je bułę" :)
*
Ciągle ma jedną ok. półtora godzinną drzemkę w ciągu dnia i to właściwie mój jedyny czas na blogowanie :)
*
Zupełnie niepedagogicznie podczas obiadu ogląda "Teletubisie" lub "Barney'a". Tak wiem, jestem okropną matką i zdaję sobie z tego sprawę, ale wszystkie inne posiłki zjada chętnie, tylko z obiadami miał jakoś ciężko, chociaż nie chodziło o to, że mu nie smakują. Lubi je jeść, ale walczy, ciężko to wytłumaczyć. Postanowiłam więc, że w trosce o moje nerwy na wymarciu te 15 min. bajki go nie zabije, a ja biorę potem na siebie oduczenie go tego. Taka nieidealna matka ze mnie :)
*
Uwielbia czytać, zawsze i wszędzie. 
*
Ostatnio ma jakiś bum na mamę, więc chce robić wszystko tylko ze mną, a każde wyjście choćby do sklepu na 10 min. okupione jest płaczem. 
*
Już dawno jest "odpieluchowany" (jak skończył półtora roku zaczęliśmy), ale przez moją nieobecność na blogu jakoś zostało to pominięte :). Był nocnik, teraz jest nakładka na toaletę, a jak jesteśmy u kogoś w domu, czy innym miejscu, to ja go po prostu trzymam nad toaletą. Jednak kiedy idziemy gdzieś daleko i nie można będzie skorzystać, to zakładam pieluchę, bo zimno jest i nie chcę żeby zmoczył ubranko. Śpi też w pieluszce, bo zawsze jest rano pełna. Muszę przyznać, że bałam się tego tematu i nie bardzo wiedziałam jak się za to zabrać, a poszło szybko :)
*
Słowo "baba" (babcia) mówił już dawno, a od niedawna poszerzył się słwnik rodzinny o "dziadzia" (dziadek) i "ciocia" (czasem też mu się powie "siosia").
*
Fajnie bawi się z innymi dziećmi. Miał okres buntu, kiedy zabierał wszystkie zabawki, a nawet próbował bić, zwłaszcza mniejsze dzieci. Na szczęście już mu przeszło i teraz ma naprawdę frajdę, kiedy spotykamy się ze znajomymi i ich dzieciakami.




Jak wiecie wczoraj miała być u nas rodzinna imprezka dla jubilata niestety dopadła go choroba. Już w piątek widać było, że źle się dzieje, więc odrazu poszliśmy do lekarza (dziękuję Wam za słowa otuchy pod porzednim postem) :). Z ciężkim sercem ale musiałam wszystko odwołać, stan podgorączkowy to nie jest powód do świętowania w licznym gronie. Na szczęście szybka reakcja spowodowała, że już czuje się znacznie lepiej i zdrowieje. Zatem wpadli do nas dziś dziadkowie złożyć życzenia, na ciacho i kawkę.

Ogólnie nasza koncepcja urodzin wzięła w łeb. Wcześniej jednak zrobiłam kilka dekoracji urodzinowych w tematyce samochodowej, wszak Ben to fan czterech kółek i tym chciałam się z Wami podzielić. Być może będą dla kogoś inspiracją. Wszystko jest z papieru i wykałaczek, zajmuje naprawdę niewiele czasu, a jest przy tym dużo frajdy (tak, lubię to jak dziecko) :)


Miało być tego więcej, jeszcze balony, wstążki i inne, ale skoro impreza przeszła nam koło nosa...

Przygotowanie torta, to też minimum nakładu. Zrobiony w kilka minut :D Kupiony biszkopt, przełożyłam kremem śmietankowym. Był okrągły, ale ja odcięłam boki z dwóch stron i ułożyłam na górze formując brykę :) Wszystko obsmarowałam kremem, posypałam wiórkami kokosowymi, zrobiłam koła z ciastek, szybę też z ciastka i udekorowałam chorągiewkami i świeczkami (powinny być dopasowane kolorystycznie, ale nie było akurat).





Mam nadzieję, że to nasze ostatnie chorowanie w tym sezonie, ale pewie jestem naiwna... W każdym razie cieszę się, że już jest lepiej, dużo lepiej (tfu tfu). Mam nadzieję, że Wasz weekend był udany i zdrowy! :)








Judyta.






piątek, 14 listopada 2014

dlaczego nie ma posta?


Ostatni tydzień przeleciał mi przez palce. Każdego dnia coś trzeba było załatwić, kupić, zrobić, ehh... Wspominałam Wam, że czeka mnie kolejna wyprawa na Wyspy i to tym razem na nieco dłużej, zatem przygotowujemy się i w tym wszystkim czasu kompletnie mi brak, a zostało tylko 6 dni. W piekarniku wypiekam właśnie... kubki (pokażę co zmajstrowałam, w swoim czasie, bo za wcześnie na to) :), na półce już czeka materiał i maszyna do szycia, bo muszę pewien prezent wyczarować, odprawić się jeszcze trzeba, dokupić parę drobiazgów. Dziś byliśmy na bilansie dwulatka (!), bo jutro zaszczytne urodzinki, a nie ma już kiedy zrobić badań. Wszystko jest dobrze, choć znów wirus się przypałętał. Okazało się, że Ben to wysoki facet, za to szczupły. Byłam już przygotowana na te wszystkie uwagi pani doktor "jaki on chudziutki", ale zaskoczyłam się pozytywnie, bo pierwszy raz usłyszałam, że nic nie szkodzi, że lepiej tak niż otyłość, że widać po jego cerze (zdziwiłam się), że ładnie je :). Przeraża mnie jutrzejsza organizacja urodzin. Niby plan jest i dekoracje, ale zakatarzony Ben mnie martwi, a przygotowania jakoś tak... osłabiają. Będzie dobrze, bo musi być! Tym samym moim "tyrzy po trzy" tłumaczę się z braku dzisiejszego konkretnego posta :)

Stay tuned, w niedzielę się odzywam :)









Judyta.





środa, 12 listopada 2014

co nowego szyciowego? :)

Dzisiejszy post nie będzie bogaty w słowa, a w zdjęcia. W ostatnim czasie uszyłam kilka rzeczy, które postanowiłam zebrać w jednym miejscu i Wam pokazać :) Nie wiem czemu, ale od dłuższego czasu nie szyję dużo, choć mam chęci, więc planuję to zmienić. Na razie to co już powstało:

spodnie dla Bena, które uszyłam z mojej za dużej koszuli :) Najgorsze jest to, że zrobiłam takie fajne zdjęcia jak w nich biega i teraz nigdzie nie mogę znaleźć :( Co najlepsze raz je znalałam, a teraz znów nie mogę. Zła jestem, że nie mogę ich Wam na nim pokazać, bo teraz mu się nieco przytyło i nie mieści już w nie na dole w nogawkach :D Za to jest powód by uszyć nowe, albo przerobić przerobione spodnie na spodenki :D



Na szybko zmajstrowałam poszewkę na poduszkę do Benkowego łóżeczka. Uszycie zajęło mi chyba z dziesięć minut, bo robiłam "na oko" :). Chmurkę z deszczem namalowałam pastelami do tkanin, wszystko od ręki, na spontanie, tak mnie akurat naszło.




Lalę uszyłam dla pewnej małej kruszynki i Ben tak się w niej zakochał, że musiałam jemu uszyć drugą :) To chyba ten magnetyczny kolor włosów, bo wiem że obdarowana kruszynka, też ją lubi :)



Dla tej samej małej osóbki uszyłam też kostkę z obrazkami z filcu, metkami i zawieszką do gryzienia.



To na razie wszystko, czym chciałam się z Wami podzielić :) Cieszę się, że to zrobiłam, bo jak patrzę na te zdjęcia to nachodzi mnie motywacja do tego, aby znów zasiąść przy maszynie. Jak na ironię więcej szyłam ręcznie, niż kiedy kupiłam wymarzoną maszynę do szycia... cała ja :)

W każdym razie na celowniku jest już coś nowego i na dniach się za to zabieram. Miłego wieczoru!






Judyta.