sobota, 24 września 2016

10 Powodów dla których warto odwiedzić Pragę.

Miesiąc temu odwiedziliśmy niezwylke przyjazne i urokliwe miasto jakim niewatpliwie jest Praga. Jeśli zastanawiacie się czy warto odwiedzić stolice Czech, to być może w podjęciu decyzji pomoże Wam przygotowana przeze mnie lista argumentów "za". Bo naprawdę warto.

1. Piękne widoki na spowitą czerwienią czeską stolicę.

Czerwone dachy to jeden z nabardziej popularnych obrazkow na widokówkach i całkiem słusznie bo prezentuje się wspaniale. Można go podziwiać z Zamku, ale ten najwspanialszy rozciąga się z wieży Petrin.



2. Zegar Orloj.

Astronomiczny i kalendarzowy zegar nie tylko niesamowiceie wygląda, ale także o każdej pełnej godzinie zbiera rzesze zaciekawionych turystów pragnących zobaczyć przemieszczające się figurki dwunastu apostołw (musicie wiedzieć, że obecnie zegar jest w trakcie  renowacji więc zobaczycie go w okrojonej wersji).  Wiąże się z nim niesamowita i zarazem dramatyczna historia. Otoz wzbudzil on taki zachwyt, iz  wydanio rozkaz oślepienia artysty w obawie stworzenia równie pięknego dzieła w innym europejskim mieście.



3. Trdelnik

Walcowane, zawijane na kij I grilowane tradycyjne ciasto pochodzące ze Słowacji. Posypane orzechami, cukrem i cynamonem. Do wyboru także z lodami w środku i/lub z nutella. Ja oczywiście zjadłam wersję all inclusive :). Ten zapach unoszący się w powietrzu po prostu przyciąga jak magnes. Zdecydowanie warte spróbowania.



4. Ah te knedliki...

Jeśli jesteśmy już w temacie jedzenia to od pierwszego skosztowania zakochałam się w knedlikach i dwóch najpopularnieszych dań z nimi w roli głównej. Svíčková i guláš. Knedliki to mączna potrawa z ciasta na bazie ziemniaków lub bułki. Skusiłam się rownież na knedliki z kaczką jednak jak dla mnie tradycja zdecydowanie wygrywa.



5. Zamek Krolewski.

Prezentuje się  wspaniale z daleka, przyjemnie go zwiedzić z bliska. Na zamku czeka klika atrakcji z czego gwoździem programu jest niewątpliwie gotycka Katedra św. Wita. Uwielbiam architekturę z tego okresu. Warto wstąpić choćby na chwilę aby nacieszyć oczy zapierającym dech wnętrzem. Mimo iż jest się otoczonym tłumem turystów wystarczy podnieść wzrok na niesamowite witraże, rzeźbienia i slepienia, aby w pełni poczuć atmosferę miejsca. My wstąpiliśmy jeszcze do muzeum zabawek... A kiedy będziecie przemierzać schody prowadzące na zamek koniecznie wstąpcie do kawiarenki na zboczu wzgorza ze wspaniałym widokiem na praską panoramę. Kawa z takim "gratisem" zdecydowanie zostaje w pamięci na długo.












6. Most Karola.

Absolutny must see, dlatego niech Was nie zdziwią tłumy turystów. Gdybym mogła wybrać pore zwiedzania zdecydowałabym sie zrobic to bardzo wczesnym rankiem, kiedy można uniknac potkania rzeszy zwiedzjacych i w pełni nacieszyć się niepowtarzalnym urokiem tego miejsca. Nie zmienia to jednak faktu, ze jest wart odwiedzenia o każdej porze bez wyjątku!



7. Muzeum techniki.

W jedyny deszczowy dzień podczas naszej wizyty także się nie nudziliśmy. W muzeum czekają na Was zbiory zabytkowych samochodów, samolotow, motocykli i rowerów. Egzemplarze z dziedziny architektury, budownictwa i designu, astronomii, poligrafii i fotografii. Jedyna rzecz która mi osobiście przeszkadzała to wszechogarniający i bardzo restrykcyjnie przestrzegany zakaz dotykania czegokolwiek. Zdecydowanie mogę polecić wycieczkę po kopalni, która znajduje się rzecz jasna w podziemiach budynku. Bardzo ciekawa i autentyczna. Prowadzona po czesku, ale ja miałam ze sobą tłumacza który przekładał na bieżąco na angielski :).







8. Trutnov.

Tak, wiem to już nie Praga :) Ale jeśli macie nieco więcej czasu na zwiedzanie polecam wybrać się rownież tam. Mieliśmy okazję podczas naszej wizyty spędzić weekend w domku w górach 20 minut drogi od miasta Trutnov. Rynek z zabytkowej kostki brukowej otoczony kamienicami, urokliwe uliczki... warto.




9. Kozel i Pilsner!

Czym byłaby wizyta w Pradze bez skosztowania bursztynowego trunku. Podawane w dużym, ciężkim kuflu z porządną pianą piwo, podobno niegdyś tańsze niż woda. Któż mogłby się oprzeć przed zamoczeniem ust?





10. Ahoj Praho!

I tak jak w przypadku "10 powodów dla których wciąż wracam do Londynu" (choc aktualnie nie musze wracac, bo tu mieszkam) :) wszystko to, co jeszcze przede mną. To co nieodkryte, to co jeszcze tam na mnie w Pradze czeka...





A Wy byliście już w stolicy Czech? Dodalibyście jeszcze coś do tej listy, zmienili?



Judyta.



czwartek, 22 września 2016

CYTEROLATEK, TABLETY I INNE BAJERY, CZYLI CO NA PREZENT DLA 4-LATKA?

Już wkrótce Ben skonczy cztery latka. O tym, że nie mam pojecia kiedy to zleciało, chyba żadnej mamie mowić nie muszę  :) Ale ja dziś nie o tym... zamiast wspomnień z łezką w oku moją glowę zaprząta sprawa prezentu. Początkowo zamierzałam pójść na "łatwiznę" i kupić drewniany garaż z prawdziwego zdarzenia na tą Jego rozlegą kolekcję autek. To jego milość od zawsze. Autka wkłada do kieszonek kiedy wychodzi z domu. Kiedy tylko ma wybór co kupić to odpowiedź jest zawsze jedna. Wybór wydawał się więc oczywisty. Ktoś mnie jednak przebił pomysłem i planuje zakupić transformens Rescue Boot. To Jego ulubiona z ulubinych kreskówka. Wiedząc, że będzie ciężko przebić taki hit zaczęłam glowkować.





I wymyśliłam. Tablet. Zanim jednak mnie zlinczujecie, zastanówmy się nad tym szerzej. Czy zakup tabletu dla czterolatka to dobry pomysł?
Wspaniale było móc się wychwywać w czasach bez wszechogarniającej elektroniki, internetu, tabletów, ipadów, spotykać o umówionej godzinie na trzepaku, prosić mamę wyglądającą przez okno o dodatkowe pół godziny na dworze. Jednak nie oszukujmy sie, te czasy już nie powróca. Dzis bez znajomośći urządzeń elektronicznych nie sposób się w tym świecie odnaleźć.
Szukając równowagi pomiędzy pójściem z duchem czasu I nie wyrządzaniem Jemu krzywdy zrobiłam małe rozpoznanie wśrod znajomych.



Córka moich znajomych dostała dwa tablety w prezencie gwiazdkowym z zeszłego roku. I mimo iż dostała dwa nie było by to aż tak zastanawuające gdyby nie fakt, że miała wtedy cztery miesiące.
Czeroletnia córka pewnej kobiety pracującej w przyparafialnej poradni rodzinnej potrafiła bez porblemu uruchomić stronę internetową z grą dla dziewczynek.
Pięcioletni syn sąsiadki nigdy, z tego typu urządzeniami nie miał do czynienia.

No I weź tu człowieku bądź mądry
A Wy jak myślicie? Tablet, nie tablet, o to jest pytanie...





Judyta.

niedziela, 18 września 2016

Hello! Czy ktoś tu jeszcze zagląda???

Witajcie Kochani! Wiem, że nie było mnie tutaj cale lata świetlne. Wiem, że zniknełam nagle, bez słowa wyjaśnienia i nie macie powodu żeby do mnie wrócic, ale ja Was potrzebuje! Serio! W moim życiu zaszły ogromne zmiany, w pewnym momencie wszystko straciło jakoś sens i prowadzenie bloga siłą rzeczy też. Jednak nie potrafiłam sie od tego oderwać na zawsze. Posiadanie własnego kąta w którym mogę wyrazić siebie, zaczerpnąć inspirację od Was i mieć z Wami kontakt przyciąga mnie jak magnes. To jak będzie? Ktoś tu jeszcze został? :)

Jeśli tak (za co trzymam ogromnie kciuki) musze Was poinformować, że od niemal dwóch lat mieszkam w Londynie, więc rozpoczynamy erę mamasilesia na emigracji. Jeśli chcecie opowiem Wam swoją historię, pokażę Wam miejsca, które może nie koniecznie znajdziecie w typowym przewodniku, ale zdecydowanie warto je odwiedzić z dziećmi (i nie tylko), przydatne rady związane z tym miastem I naszą codzienność. Nie myślcie jednak, że skoro Londyn, to już tylko Londyn i nic więcej :) Nic z tych rzeczy. Nie zamierzam zgrywać ekspertki od polish-english  (zwłaszcza że robię mnóstwo błędów, które brytyjskim kolegom z pracy dają wiele powodów do śmiechu). Mam nadzieję że bedzięmy się spotykać tutaj, na Waszych blogach, a może I w realnym świecie kiedy odwiedzę Polskę w listopadzie lub Wy mnie w dowolnym czasie (w razie czego służę noclegiem - czemu nie?). A może ktoś z Was jest już na miejscu...

No ale, ale wracając do tematu, czekam na znaki życia w ten pochmurny i chlodny dzień :)




Ps. Wybaczcie ew. błędy, pisze podekscytowana z telefonu...






Judyta.

sobota, 29 listopada 2014

Pomysły DIY na prezenty świąteczne.

Jako, że w tym roku spędzamy Święta daleko od domu (ale z całą pewnością w domowej atmosferze, ze wspaniałymi ludźmi! )i wyruszaliśmy na nie już w listopadzie, nasze prezenty powstały odpowiednio wcześniej (tak żebyśmy zdążyli je spakować do walizki). Oj jak ja nie mogłam się doczekać, żeby je w końcu móc Wam pokazać i jeszcze bardziej nie mogę się doczekać żeby je wręczyć :). Dość zabawnie było przygotowywać reniferka i świąteczne opakowania, kiedy za oknem temperatura oscylowała w granicach 16 stopni na plusie, świeciło słońce, a na drzewach były jeszcze liście. Poczułam magię świąt szybciej niż cały przemysł :) (no dobra to niemożliwe).

Zacznę od prezentu Bena. Podobnie jak rok temu wykonaliśmy obrazek odbijając paluszkiem wzór. Najpierw wycięłam kształ renifera, potem nałożyłam go na białą kartkę, umazałam paluszek Bena, odcisnęłam tyle razy by pokryć całość, podpisałam i gotowe :). Jeśli potrzebujecie dodatkowej instrukcji to zajrzyjcie koniecznie do zeszłorocznego posta (tam obrazki są na płótnach, a paluszki bardziej widoczne), w którym wszystko pokazuję na zdjęciach krok po kroku: "na tropie dobrych pomysłów. Trzeci post świąteczny"


I pierwszy własnoręczny podpis Bena :)


Tak wygląda zapakowany prezent :)




Dla malutkiej kruszynki uszyłam kołderkę. Wykonanie jest proste i myślę, że nawet szyciowy laik sobie z tym poradzi :)



Do prezentu dołożyłam jeszcze książkę, ze świetnymi śmiesznymi rymowankami Pierdziołki, przy której można i samemu nieźle się ubawić :) Sami mieliśmy już jednego Pierdziołkę, zaopatrzyliśmy się też w kolejną pozycję (wiem, że te książki, to nie moje DIY, ale nie mogłam się powstrzymać, bo uwielbiam) :)




Dla kochanych P&P ozdobiłam kubki motywem który widziałam w sieci, ale przede wszystkim u Magdy (Mam nadzieję, że się nie gniewasz za własne wykonanie tego motywu, ale nie byłabym sobą gdym czegoś sama nie spróbowała, no i tak bardzo chciałam podarować coś od siebie. Obiecuję że to jednorazowy wybryk) :)
Jeśli kogoś interesuje instrukcja, to w sieci jest pełno, ja mogę polecić Wam tą którą sama sprawdziłam. Napis wykonujemy zwykłym flamastrem sharpie (ten do tkanin się nie nadaje) i zapiekamy kubki w temp. 220C przez 45 min. (wstawiamy do zimnego piekarnika), potem studzimy, poprawiamy napis/wzór, bo z pewnością zblaknie i pieczemy jeszcze raz tak samo. Uważajcie żeby kubki były z porcelany, lub z zaznaczeniem że nadają się do wypiekania, inaczej mogą popękać. Używamy/myjemy dopiero po całkowitym ostygnięciu. Kubki nie nadają się do mycia w zmywarce.


Na moich kubkach z drugiej strony są jeszcze imiona obdarowanych, tak aby bardziej je spersonalizować, ale tego już nie ujawnię, musicie wierzyć mi na słowo :)




I jeszcze inny kubek, który też jest prezentem. No dobra, wiem, że mój talent nie jest wybitny, ale liczę na poczucie humoru obdarowanego :).




Jeśli chcecie więcej inspiracji na prezenty świąteczne i nie tylko, to zerknijcie do powiązanych postów:

Pierwszy post świąteczny
Drugi post świąteczny
Trzeci post świąteczny
Czwarty post świąteczny
Piąty post świąteczny
DIY prezenty dla bobasa


Wiem, że przez wyjazd jest mnie nieco mniej obecnie, ale postaram się znaleźć więcej czasu na blogowanie. Gdzie te dni tak uciekają, to nie mam pojęcia, jednak wspaniale tak przezimować za granicą nawet jeśli to nie ciepłe kraje :)

Miłego weekendu!









Judyta.






środa, 26 listopada 2014

Jak się spakować do bagażu podręcznego i się zmieścić?

Czy Wy też macie problem z efektywnym pakowaniem walizki na wyjazd? Ja przez długi czas popełniałam typowe błędy przy pakowaniu bagażu, czego efektem była sterta niepotrzebnych rzeczy i braki w tych niezbędnych. Byłam ofiarą stwierdzenia "wezmę to na wszelki wypadek", który oczywiście nigdy nie następował, a w walizce zalegała masa niewykorzystanych ubrań. Jeszcze w te wakacje, kiedy dwa tygodnie spędziliśmy w UK okazało się, że 1/3 mojego bagażu to rzeczy których ani razu nie założyłam. Wpadłam w pułapkę wyjmowania ciuchów z szafy i co rusz wykrzykiwania "o to jest fajna bluzka/spódniczka/sukienka/ spakuję ją, napewno mi się przyda" Taaaa jasne.



Do tej pory byłam jednak w komfortowej sytuacji bagażu rejestrowanego o wadze do 32kg. bagażu podręcznego i nie oszukujmy się, miejsca w walizce M. :) A wybierałam się tylko na dwa tygodnie. Teraz moja misja spakowania się przeszła na poziom ekspert. Dwa bagaże podręczne o maksymalnej wadze 10 kg. (that's it!), a pobyt to 7 tygodni. Z dzieckiem! No weź tu się człowieku (no dobra kobieto, zaznaczmy to) spakuj. Te wszystkie ubrania, potrzebne, najpotrzebniejsze przecież, no i ubranka, mleko, a nawet Miś!

Postanowiłam więc ustalić kilka regół, których warto się przy takim pakowaniu trzymać. Niby wszystko takie proste, oczywiste, ale do tej pory jakoś mi do głowy (walizki) wpaść nie chciało :)

1. Mniej znaczy więcej.

O jakie to odkrywcze :). Ale właśnie to minimum zapewni nam dorgę do sukcesu. Tak jak pisałam wyżej często padałam ofiarą brania czegoś "na wszelki wypadek" zamiast postawić na sprawdzone zestawy. W efekcie zawsze było tego za dużo. Nie warto brać ślicznej bluzki, która niestety pasuje tylko do jednych spodni. Zajmie w bagażu cenne miejsce, a w najlepszym wypadku założymy ją raz. Najlepiej postawić na ciuchy które pasują do kilku okazji, są uniwersalne, wygodne i po prostu dobrze się w nich czujemy. Wystarczy kilka sztuk (pod warunkiem, że jedziemy na krótko, lub mamy dostęp do pralki), które będziemy nosić wymiennie i stworzymy z nich kilkanaście ciekawych propozycji.


2. To, co Cię uwiera załóż na siebie :)

Oczywiście nie namawiam Was tutaj do zabierania niewygodnych rzeczy, wręcz przeciwnie. Mam na myśli to, co uwiera Was przy pakowaniu. Macie do zabrania grubą kurtkę? Ulubiony kapelusz? Duże buty? Zastanawiacie się jak to upchniecie do malutkiej walizeczki? Otóż nie musicie. Załóżcie te rzeczy na siebie. Podróżując samolotem nie ma limitu odzieży, którą możecie mieć na sobie. Nie musicie się też w ciepłej kurtce grzać, spokojnie można trzymać ją w ręku. Ja przed wylotem sprawdzałam pogodę w Londynie przynajmniej na kilka dni do przodu i choć temperatura miałabyć wyższa niż w PL wiedziałam, że na sobie będę mieć mój zimowy płaszcz.

3. Spakuj to, co się nie gniecie.

Perfekcyjna Pani Domu pewnie dostałaby palpitacji serca, ale wychodzę z założenia, że praktycznie nic nie trzeba prasować. Serio. W mojej szafie mam może (niech no się zastanowię...) trzy rzeczy, które mają zaszczyt obcować z żelazkiem. Reszta tego nie wymaga, albo na tyłku się rozprostuje :) Zresztą już przy kupowaniu ubrań widząc, że coś złowieszczo się do mnie uśmiecha "będziesz musiała mnie prasować" omijam szerokim łukiem. M. prasuje o niebo więcej rzeczy i niezmiennie mu się dziwię. Zatem wiem, że nie wszyscy wyznają tą samą zasadę, co ja i lepiej pomyśleć wcześniej. Jeśli nie będziemy mieć dostępu do żelazka (pfff), to lepiej nie zabierać ulubionej, ale szalenie pomiętej po jednym ruchu koszuli.


4. Mini miniaturki. Kremik? Lakierek do włosów? Szamponik?

Jeśli nie mamy miejsca w walizce, albo wybieramy się na krótki wypad, to zrezygnujmy z całej butli szmponu, odżywki, żelu pod prysznic, tuby kremu, czy wielkiego flakonu perfum. W drogeriach, a nawet hipermarketach (widziałam nie raz) są regały ze specjalnymi minaturkami produktów, które można zabrać nawet do bagażu podręcznego. Do kupienia są także specjalne puste małe pojemniczki które możemy napełnić ulubionymi kosmetykami. Zastatnówmy się też czy nie możemy kupić niektórych z tych produktów na miejscu lub skorzystać z zasobów gospodarzy (se se se) :)


5. Dobry research to podstawa.

Warto pamiętać o sprawdzeniu pogody i ogólnej aury w miejscu do którego się udajemy. Oczywiście pogoda zmienną jest, ale da nam to pewne pojęcie w jakim kierunku podążać. Jeśli mamy przeczucie (a w takim Londynie na przykład, to więcej niż przeczucie), że będzie pochmurno, szaro, buro, to nie zabierajmy zwiewnej garderoby, którą nomen omen zwieje nam pierwszy lepszy podmuch zimnego wiatru.


6. Morze, góry, czy Mazury...

Dobrze jest zastanowić się co my tam właściwie zamierzamy robić. Jedziemy zwiedzać? Postawmy na wygodę, bo nic tak nie dobija jak uwierające buty podczas zwiedzania. Jedziemy poszaleć ze znajomymi (auć, kiedy to ostatni raz było...) ? Pomyślmy o sukience, która nie dość, że zapewnia nam kompletny strój (no dobra o tej porze roku z rajstopami), to przy odpowiednich (niewielkich!) dodatkach, będzie się nadawać zarówno na dzienny wypad, jak i wieczorne wyjście. Jedziemy w góry? Zrezygnujmy zatem z cudownych kreacji i wysokich szpilek, na rzecz wygodnych butów i odpowiedniej odzieży...


7. Ile sprzętu tak naprawdę potrzebujesz?

Nie oszukujmy się, kobietom sprzęt też nie jest obcy :). Może używamy nieco innych zabawek, ale też mamy co ze sobą taszczyć. Suszarka do włosów, lokówka, prostownica, a może masażer do stóp? :D Przyznam, że jestem uzależniona od prostowania grzywki. To ogólnie dziwne, bo moje włosy naturalnie lekko się falują i to mi się podoba, ale nienawidzę pofalowanej grzywki (kobiety...). Choć i tak nie mam takiej standardowej ściętej równo, tylko zaczesaną na bok, którą z łatwością mogę schować za ucho. Zatem na minutkę ją włączam, przejadę trzy razy po paśmie włosów, które opada mi na prawą stronę i gotowe, spokój duszy zapewniony. Ale czy naprawdę warto taszczyć ze sobą prostownicę, zajmować miejsce w walizce dla tak małej czynności? Czy naprawdę jej potrzebuję? Otóż podczas dwutygodniowego wyjazdu jej nie miałam i o dziwo świat się nie zawalił. Zatem zastanówmy się, czy sprzęt jest nam absolutnie niezbędny, sprawdźmy też, czy nie ma na miejscu tego, co potrzebujemy, albo umówmy się, że ja wezmę prostownicę, a koleżanka, czy ktoś z rodziny (jeśli podróżujemy razem) np. suszarkę.


8. Gdzie upchać Misia, a gdzie pieluchy.

Nie trzeba odrazu pakować całej maleńkiej garderoby, a postawić na kilka zestawów, które sprawdzą się w każdej sytuacji. Ubranie "na cebulkę" zawsze da radę. Pamiętajmy też o spakowaniu gotowego zestawu zapasowego ubrania, tak aby było można łatwo i szybko je w razie potrzeby wyciągnąć. Podczas jednego z naszych lotów w wakacje Ben tak namiętnie się wyrywał, że pieluszka przeciekła mu bokiem i zmoczył sobie spodnie. Wtedy zapasowe ubranie na górze bagażu podręcznego było jak znalazł. Miejmy też pod ręką picie i jakąś przekąskę (przed odprawą możemy mieć swoje, a potem kupić w strefie bezcłowej), ulubioną zabawkę, kocyk, czy książeczkę.


9. Wish list vs. Real list

Pakowanie, a raczej planowanie pakowania najlepiej rozpocząć już na kilka dni/ tydzień przed wyjazdem (oczywiście w przypadku dłuższego wypadu, a nie weekendowego). Zróbmy sobie listę rzeczy które musimy ze sobą zabrać, które chcemy przy sobie mieć. Realnie oceńmy, co jest nam potrzebne, co musimy jeszcze dokupić, załatwić. W ten sposób bez paniki ocenimy jak dobrze jesteśmy przygotowani, będziemy mogli coś dopisać kiedy nam się przypomni, nanieść poprawki i przy pakowaniu będziemy mieli jeszcze szansę odrzucić to, co zbędne i ograniczyć się do praktycznego minimum.


10. Stosuj się do rad i obejrzyj ten filmik :)





A jak Wam wychodzi pakowanie? Ja wciąż mistrzem w tej dziedzinie nie jestem i muszę sobie przypominać o niektórych rzeczach, ale zdecydowanie lepiej mi to wychodzi niż 1/3 zmarnowanego miejsca w walizce, jak jeszcze niedawno :) Jak macie jakieś swoje triki, to podzielcie się.



zdjęcie.






Judyta.






czwartek, 20 listopada 2014

10 powodów dla których wciąż wracam do Londynu.

W Londynie byłam dobrych kilka razy w kilku odsłonach. Był (nie raz) wypad z przyjaciółkami, byłam z M., byliśmy rodzinnie. Byłam latem, byłam jesienią, a teraz będę i zimą. Zatem widziałam to miasto ubrane w różną szatę kolorystyczną, porą wieczorową i tą za dnia, zwiedzając turystyczne atrakcje, jak i skręcając w zwykłą uliczkę. A jednak wciąż czuję niedosyt, magnetyczne przyciąganie...

Oto moje 10 powodów dla których wciąż wracam do Londynu, choć teraz, kiedy zaczęłam przygotowywać tą listę, stwierdzam, że bez problemu mogłoby ich być 50.


1. Ludzie.

To zdecydowanie wielka zaleta Londynu. Choć mówi się, że prawdziwych anglików w tym mieście można szukać na próżno, to przecież gdzieś tam jeszcze są :) A tak na poważnie, to właśnie ta wielokulturowość jest wspaniała, otwartość i spontaniczność. Podoba mi się jak są pomocni (ot, choćby przy wnoszeniu wózka w metrze), uśmiechnięci i jaki mają w sobie luz. Czy to nie wspaniałe jak ma się cały kulturowy świat na wyciągnięcie ręki? Zaczynasz rozmowę ze znajomym z Albanii, po chwili kumplujesz się z mieszkańcem Mauritiusa, by zakończyć konwersację z Rosjaninem. No a przede wszystkim są tam P&P!




2. Architektura.

Nowoczesne i stare zarazem. Centrum Londynu to niesamowicie kontrastowy krajobraz. Każdy budynek ma swoją niepowtarzalną historię i magię. Nie da się tego opisać, to trzeba po prostu zobaczyć i to na pewno nie jeden raz. A najpiękniejsze jest to, że zawsze, dosłownie zawsze jest coś nowego do odkrycia.








3. Sztuka na wyciągnięcie ręki.

Mam wrażenie, że to miasto po prostu obrasta w sztukę. Na każdym kroku możemy się z nią zetknąć. I najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie musimy mieć wypchanego po brzegi portfela, czy zmysłu skierowanego jedynie na tzw. sztukę wyższą. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Od galerii, przez muzea (z których przecież wiele jest darmowych), miusicale, rzeźby które możemy znaleźć zuepłnie niespodziewanie w jakimś zaułku, aż po ulicznych artystów. Rzekłabym, że tutaj, to własnie sztuka nigdy nie zasypia.


National Gallery.




4. Komunikacja miejska.

Niesamowicie rozwinięta i doskonale zorganizowana. Zawsze na czas i co parę minut, dojedziemy wszędzie i o każdej porze. Ale nie tylko funkcjonalność jest jej wielką zaletą, a także wygląd. Piękne stacje metra, potrafią nieraz zaskoczyć, czerwone piętrusy, dzięki którym możemy zwiedzać Londyn z biletem w ręku, czy czarne taksówki, które mają niepowtarzalny urok...





5. Jedzenie.

Okryte raczej złą sławą ma też swoich zwolenników. Przyznam, że na początku nie byłam nim zachwycona, a kiedy już ktoś zabrał mnie na "eanglish breakfast", to raz że zjadłam z ciężkim sercem połowę, a dwa, że więcej nie zamierzałam tego tknąć :). Ostatni pobyt jednak to odczarował. Angielskie śniadanie jest całkiem dobre kiedy przygotuje się je samemu, a nawet zasmakowały mi mrożone kievs stuffed with garlic and herbs zrobione w piekarniku i podane z frytkami oraz jedyną pasującą do nich sałatką której składu nikt nie znał :) Z chęcią znacznie rozszerzę zakres kulinarnych poszukiwań i rozsmakuję się na dobre w angielskiej kuchni.




6. Zwierzęta w parkach.

Zwierzaki są bardzo przyjazne, nie boją się ludzi i jedzą im wprost z ręki. Jak na przykład ta wiewiórka, która śmiało przyszła do nas po frytki :)




7. Parki.

Skoro była mowa o zwierzętach, które możemy tam spotkać, to nie można pominąć samych parków w tym zestawieniu. Są duże, ciche, zachęcające, do odkrywania ich zakątków i po prostu chce się tam przysiąć na ławce z książką w ręku lub rozłożyć koc i urządzić rodzinny piknik.





8. Zakątki, zakamarki, tajemnice.

Warto czasem wejść w nieznaną uliczkę i odkryć coś nowego. Ciekawa rzeźba? Urokliwa kawiarnia? Niszowa księgarnia? A może niezwykły budynek, który zachwyca? Kiedy byliśmy w Londynie z M. sami (przed erą Bena):) dawaliśmy się ponieść nogom i co rusz odkrywaliśmy nowe zakamarki. Uwielbiam takie zwiedzanie. Choć oczywiście trzeba być czujnym i raczej robić to w centrum za dnia, niż nocą w szóstej strefie.







9. Klimat.

To coś, co jest w Londynie niemal namacalne. Trzeba tam być, żeby to poczuć, ale jest gwarantowane. Z jednej strony czujemy się jakbyśmy odbyli podróż w czasie, byli na tropie nowej zagadki z Sherlockiem Holmes' em, z drugiej jakbyśmy przenieśli się do świata bajek i fantazji, za chwilę mieli odjechać z peronu 9 i 3/4 na King's Cross, by za moment trafić na niesamowity koncert i zakończyć jedną z misji 007.




10. Wszystko to, co jeszcze przede mną.

To miasto nigdy się nie kończy, co jest wspaniałe. Jeszcze tak wiele miejsc chciałabym odkryć, zobaczyć i poczuć. Tyle jest do zwiedzania, że chyba życia mi nie starczy, ale będę usilnie próbować. Już dziś (!) kolejna wizyta i naprawdę nie mogę się doczekać.


Stay tuned. Będę nadawać z Londynu.

A jakie są Wasze odczucia względem tego miasta? Pokochaliście je? Odwiedzacie? Macie swoją listę? :)









Judyta.