piątek, 13 grudnia 2013

Na tropie dobrych pomysłów. Drugi post świąteczny.


Z początkiem grudnia dostałam przemiłą propozycję uszycia ozdób na Kiermasz Świąteczny. Do tego wydarzenia był zaledwie tydzień (co przy ręcznym szyciu i ograniczonym czasie w ciągu dnia oznacza bardzo mało), ale tak mnie to optymistycznie nastroiło, że zgodziłam się bez wchania. Czym prędzej zabrałam się do pracy i machałam igiełką ile sił w palcach. Dzień przed Kiermaszem byłam umówiona na spotkanie, aby owe ozdoby przekazać. Wszystko ładanie zapakowałam, wprowadziłam ostatnie poprawki i... musiałam spotkanie odwołać. Pamiętacie? To był czas, w którym szalał ten straszny wiatr. Orkan siał spustoszenie i zniweczył także moje plany. Jednak nie ma tego złego... jak to mawiają, bo teraz przynajmniej mam gotowe ozdoby na Święta, a tak kto wie, czy udałoby mi się samej zmobilizować. Pokazuję Wam zatem moje ozdoby świąteczne, którymi przystroję nasze mieszkanko.

Uwaga, zarzucę Was zdjęciami :-)

Woreczki wykorzystam jako opakowanie dla słodkości podarowanych rodzinie.









Jak widać w tym roku zdominowała nas biel, czerwień i naturalne kolory, jak beż.

Tutaj Pierwszy Post Świąteczny

A w kolejnym Poście Świątecznym coś wytropionego na blogu jednej z Was :-)



Jeśli chcecie, abym w cyklu "Na tropie dobrych pomysłów..." opublikowała Wasze DIY z linkiem do bloga, to śmiało podsyłajcie. Uprzedzam jednak, że publikuję tutaj tylko takie pomysły, które sama wykorzystałam. Nie lubię zamieszczać czegoś, czego nie sprawdziłam na własnej skórze :-)




Judyta.




czwartek, 12 grudnia 2013

PROJEKT SAMO_SIĘ tydz.6



"Dla przyszłych inteligentów w okularach" Tak brzmi hasło kolejnego już tygodnia z PROJEKTEM SAMO_SIĘ. Zatem okulary pojawiły się na nosie mamy i razem z Profesorem Benem przystąpiliśmy do odkrywania praw jakimi rządzi się nauka. Co jest potrzebne aby zostać wtajemniczonym?

miska
woda
kubeczki z różnymi dziurkami
ciekawość



Jak powszechnie wiadomo, tacy mali naukowcy uwielbiają wszelkie doświadczenia z wodą, a nasze kubeczki pokazywały, że przybiera ona kształt naczynia w którym się znajduje i mając ujście w różnych otworkach prezentuje ciekawe wzory. Okazało się, że wyciekając kilkoma dziurkami potrafi szybko z kubeczka zniknąć, ulatując jedną dziurką sączy się przez jakiś czas, a w nieprzeciekającym kubeczku można ją zatrzymać. Mieliśmy przy tym sporo zabawy, a zwłaszcza Beniamin, który najpierw cieszył się, że woda leci mu na rączkę i ładnie się ze mną bawił, a kiedy tylko odwróciłam się na moment wylał całą wodę z miski. Wiem, że lepiej byłoby zrobić to doświadczenie w łazience, ale na szczęście się przygotowałam i woda wylądowała na podkładzie. Poniżej już po ogarnięciu bałaganu i tym razem pod jeszcze baczniejszym okiem mamy.









Judyta.




wtorek, 10 grudnia 2013

Na tropie dobrych pomysłów. Pierwszy post Świąteczny.

Nie da się ukryć, że Świąteczna atmosfera się zagęszcza. Uwielbiam ten czas przygotowań, oczekiwania, planowania. W sklepach znajdziemy mnóstwo pięknych ozdób, które pozwolą stworzyć cudowny klimat w naszym domu. Jednak ja, tak jak zdecydowana większość z Was, lubię stworzyć coś sama. Według mnie te często z pozoru nieidealne rzeczy tworzą właśnie idealną atmosferę. Sprawiają, że Święta są jeszcze bardziej osobiste, bliskie, nasze. Możemy zatrzymać je dla siebie, obdarować bliskich, czy podzielić się swoją pracą, w którą włożyliśmy wiele serca, z kimś innym. Ja chciałabym podzielić się z Wami kilkoma pomysłami na Świąteczne ozdoby. Pewnie wielu z was doskonale je zna i praktykuje, ale być może kogoś zainspirują, przywołają uśmiech, czy po prostu obejrzy je z czystej ciekawości :-)

W tym roku zaczęłam od ozdób z masy solnej. To moje pierwsze w życiu takie ozdoby, więc proszę o Waszą wyrozumiałość. Reniferki, to wdzięczny motyw, a pomalowanie ich ograniczyłam do minimum.



W trakcie malowania...



suszą się...



A w kolejce czekają jeszcze serduszka z masy solnej, ale nie będę zamęczać Was widokiem krzywych serduszek (lepiłam je ręcznie, bez foremek).
Moje reniferki pewnie ozdobią choinkę, a być może powędrują też do bliskich jako dodatek do prezentu.


Następne będą ozdoby uszyte z materiału, czyli coś w czym się czuję o niebo lepiej...:-)



Judyta.




poniedziałek, 9 grudnia 2013

Nasz jeden dzień.

Postanowiłam opisać i pokazać jak wygląda nasz statystyczny dzień :-) Chciałam uwiecznić wpomnienie naszej codzienności, takiej zwykłej, domowej, kiedy nigdzie się nie spieszymy, nie muszę za wiele zrobić, żadne zobowiązania mnie nie gonią i pozornie nic się nie dzieje. Pozornie, gdyż jak każda mama wie, żaden dzień z dzieckiem nie jest taki sam. Nowe słowo, dźwięk, kolejny ząb, następny klocek starcony w czeluściach pokoju...


Jak wygląda nasz dzień? A proszę bardzo:

6:00-7:00

Pobudka. Kiedy widzę roześmianego Bena, który radośnie mnie wita i mi uśmiech na twarzy momentalnie się pojawia. Jak tylko wezmę go na rączki, to odrazu przytula główkę, a ja łagodnym głosem pytam "wyspał się mój maluszek?"


7:00

Mleczko z kubeczka. Mam w domu małego mlekołaka, który bez niego nie wyobraża sobie dnia. Często wypicie całej porcji kończy się "ułeeee" które w wolnym tłumaczeniu oznacza "czemu tak mało?!" Na szczęście po chwili mu przechodzi, a na twarzy znów wita uśmiech.

8:00

Ja. Tutaj wkracza mama - samolubna. Kiedy dziecko nakarmione, pieluszka zamieniona, higiena i przebranie z piżamki za nami, to ogarniam się ja. W łazience towarzyszy mi nie kto inny jak wszędobylski Ben. Często tak głośno "komentuje" moje poczynania, że sąsiadka mi mówi iż mam "bardzo rozgadanego synka, bo zawsze go słyszy w łazience" (nasze łazienki są przez ścianę, wiecie jak to życie sąsiedzkie w bloku :-) zresztą ja też często słyszę jej córeczkę która ma 4 miesiące).





8:30

Zabawa. Ta poranna jest najlepsza, bo co tu dużo kryć, oboje mamy najlepszy humor. Zatem gonimy się po pokoju, rozmawiamy z misiami, budujemy (głównie ja) i burzymy (wiadomo kto), czytamy książeczki, robimy miny, bawimy się w "a kuku" wciąż uwielbiane itp.




11:00

Drugie śniadanko. Zwykle jest to kanapeczka z szynką, twarożkiem a ostatnio żółtym serem. Ben dosłownie kocha kanapeczki (dostaje różne pieczywo). Na ich widok odrazu wykrzykuje "mniam mniam!" i podskakuje w krzesełku. Do tego często jest jakiś owoc dawany do rączki.


Dla mnie to pierwsze śniadanie. Jestem już przeraźliwie głodna, ale mogę w spokoju zjeść, bo każdy z radością konsumuje swoją porcję. Ja najchętniej sięgam po grahamki, lub inne bułki z ziarnami, albo musli ze świeżymi owocami. Aktualnie ze względu na chorobę jogurt. W między czasie mam chwilę, żeby zerknąć na maile, czy ulubione blogi. Ta chwila jednak trwa krótko.




11:30

Drzemka lub spacerek, albo jedno i drugie. Kiedy pogoda i okoliczności nam sprzyjają, to idziemy na spacerek. Niestety jest tylko jedna przyjemna trasa, która już dawno zdążyła mi się znudzić, więc urozmaicam jak mogę i krążę między blokami po całej okolicy, czasem wpadniemy do sklepu po jakiś drobiazg.


Kiedy zostajemy w domu i Ben udaje się na drzemkę, mam chwilę dla siebie. Zwykle kończy się to ogólną pracą przed kompterem. Kiedy mi się uda, to szyję.

13:00

Zabawa. Ponownie witamy się z misiami, gramy na organkach, czytamy, a także gotujemy obiadek dla Bena i dla nas. Mam dzielnego pomocnika w kuchni, który z ochotą postuka drewnianą łyżką, spróbuje rozpakowac makaron, zajrzy do szafki, a zaraz potem spojrzy czy na niego patrzę, bo doskonale wie, że mu nie wolno. Kiedy gotowanie Jego zdaniem trwa za długo, to głośno mnie o tym informuję, a ja muszę wtedy mocno się nagimnastykować, żeby wyprosić jeszcze chwilę. Po gotowaniu okazuje się, że na podłodze mam cały sklep spożywczy. Pudełka kaszy, ryżu, paczki makaronu, puszki pomidorów, a także pokrywki od garnków, drewniane przybory do gotowania...
to zdjęcie jest z początku rewolucji w kuchni.




15:00

Obiadek. Ben zjada przygotowany wcześniej obiadek. Staram się, aby w miseczce nie było nudno, ale prawdę powiedziawszy Jemu smakuje wszystko. Chętnie się zajada, choć czasem uznaje, że sama konsumpcja jest mało atrakcyjna i oczekuje zabawiania go w trakcie. Bywa, że udaje mu się mnie wciągnąć, aż w końcu orientuję się, że oprócz trzymania miseczki i karmienia go łyżeczką muszę jeszcze ciągle mu coś podawać, bo dla zabawy wszystko zrzuca i do tego jeszcze robić śmieszne miny. Wtedy stopuję i jedzenie jest tylko (lub "aż") jedzeniem, chcę żeby skupił się na tym. A ostatnio nawet sam próbuje jeść!




15:30

Druga drzemka. I tu znowu czas dla mnie. Podobnie jak poprzednio kończy się to randką z komputerem lub innymi rzeczami które mam do wykonania (jednak żadne głośne zajęcia nie wchodzą w grę).




17:00

Obiad rodziców. Wreszcie możemy razem zjeść obiad. Nigdy nie jem wcześniej sama, zawsze czekam na M. W tym czasie Ben dostaje swoją jedyną przekąskę w ciągu dnia, mianowicie wafelek ryżowy i siedzi z nami przy stole. Potem jest zabawa z tatą lub z mamą i tatą.




18:00

Deserek. Tutaj duża różnorodność. Czasem dostaje owoce do ręki, czasem nieco je pogniotę i podam z jogurtem naturalnym lub twarożkiem, czasem z kaszą manną czy w formie musu itp. Deserki Ben darzy wielką miłością i oprócz kiwi lubi wszystkie podane mu do tej pory owoce.




18:30

Kolejne zabawy z rodzicami. My jednym okiem staramy się obejrzeć wiadomości, Ben stara się nam to uniemożliwić :-)

ps. zgadnijcie z czym Ben się tak zapoznaje :-)


20:00

Kąpiel, mleczko, spanie. Oh kąpać się to On lubi, pluskać, łapać pianę, myć ząbki (bo pastę też lubi i na jej widok woła "mniam mniam"), ale wycierać się po kąpieli i ubierać w piżamkę to już zdecydowanie nie. Wykonuję te czynności w ekspresowym tempie, a i tak bez protestów się nie obejdzie. Potem mleczko i utulenie do snu. Czasem kilkukrotne. No dobra zawsze kilkukrotne.

Taki nietoperek lata w naszym domu :-)


Tu przerwę nadawanie, bo to czas dla dorosłych :-) A na poważnie, to po 20:00 zwykle jestem padnięta i oglądam film, wskoczę na chwilę na komputer, jak mam odrobinę siły to robię co tam jeszcze muszę zrobić.

Może zauważyliście, że nie ma w ciągu dnia prasowania, prania, sprzątania itp. Otóż te czynności wykonujemy z M. wspólnie lub na zmianę. Nie chcę aby macierzyństwo kojarzyło mi się ze stereotypowym "siedzeniem w domu", garami, żelaskiem i odkurzaczem. Sądzę, że da się wygospodarować czas dla siebie, który poważnie jest czasem dla siebie :-) na swoje pasje i tylko swoje sprawy.

Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tym postem i naszym absolutnie zwyczajnym dniem, bo choć wpis długi, to w rzeczywistości dzień krótki i nawet jak pozornie nic się nie dzieje, to oj dzieje się, dzieje!

Może kiedyś pokuszę się o opisanie dnia na wariackich papierach, kiedy mamy dużo do zrobienia, trzeba się z kimś spotkać, a wszystko jest na ostatnią chwilę :-)



Judyta.



sobota, 7 grudnia 2013

I nas odwiedził Mikołaj.

Byliście grzeczni? Czasami? To tak jak My :-) Jako, że Święty też ma parę grzeszków na sumieniu, to przymyka oczy na drobne występki i w Mikołajki prezenty przynosi. Do nas też wpadł z małą wizytą i zostawił dla Beniamina prezent w postaci zabawki z klockami. Benowi prezent bardzo się spodobał. W pierwszej chwili chciał wziąć klocki do rączki i bardzo się zdziwił, że nie można ich ściągnać, ale po bliższym zapoznaniu i oglądaniu z każdej strony, zaczął ładnie przekładać klocki z jednego końca na drugi. A największą frajdę sprawia mu wprawienie jak największej ilości klocków w ruch. Co ciekawe lampki, które są na zdjęciu nie spotkały się ze zbytnią aprobatą. A podobno dzieci światełka lubią :-) No cóż Ben podziwiał z daleka, ale z bliska to już taki odważny nie był. Ach, to jest taki wrażliwiec, że czasem zastanawiam się, co to będzie dalej...


Tu jeszcze był ciut zaciekawiony światełkiem, ale już po chwili uciekał, gdzie pieprz rośnie :-)




A pogoda daje mi w kość. Przez wczorajszą zawieruchę musiałam odwołać umówione spotkanie, nie zdołałam odwiedzić pewnego miejsca i w dodatku nie byłam w stanie przekazać uszytych przeze mnie ozdób na Kiermasz Świąteczny i to wszystko przez wietrzny dzień. Wrrr...no ale trzeba zachować szacunek względem żywiołu, w końcu w wielu miejscach sytuacja malowała się naprawdę poważnie. U nas w okolicy większych szkód nie zauważyłam, ale wczoraj przerwy w dostawie prądu były. Jak u Was? Mam nadzieję, że obyło się bez jakichkolwiek strat...



Judyta.




czwartek, 5 grudnia 2013

PROJEKT SAMO_SIĘ tydz.5

Czas gna jak szalony. Przecież dosłownie chwilę temu realizowaliśmy hasło PROJEKTU SAMO_SIĘ poprzedniego tygodnia, a tu już kolejny tydzień w trakcie..."Pokaż kotku, co jest w środku". Zatem zaglądamy pod przewijak. Jednak nie będziemy inwigilować pomysłodawczyni projektu (autorki bloga "na przewijaku":-) ), a zajrzymy pod nasz prywatny. Do tej pory, co nie trudno zgadnąć, znajdowały się tam przybory do przewijania. Specjalnie uszyłam zasłonkę, aby zawartość nie kusiła Beniamina, ale w końcu nadszedł ten sądny dzień. Zajrzał i odkrył pieluchy i płatki kosmetyczne...





Tak mu się spodobało, że nie było siły go odciągnąć, więc już następnego dnia kiedy z zapałem powędrował do przewijaka i po raz kolejny zajrzał do środka zapewne z przyjemną myślą wytargania pieluch i rozrzucenia ich po podłodze, zastał...






Kto by pomyślał, że tak prosta zabawa, a takie zaskoczenie i zajęcie na długi czas, zanim wyciągnie wszystkie misie!



A to psikus!



Judyta.




wtorek, 3 grudnia 2013

Nasza Silesia. Sala zabaw.

Wraz z nadejściem chłodnych dni możliwości długiego przebywania na dworze zostają ograniczone. Deszcz, wiatr, zimno, a nawet ostatnio śnieg skutecznie utrudniają beztroskie wycieczki na świeżym powietrzu. Oczywiście krótki spacer zawsze wchodzi w grę, jeśli jednak planujemy spędzić z dzieckiem dłuższą chwilę poza domem, to najczęściej uciekamy tam gdzie jest ciepło.

My postanowiliśmy odwiedzić jedną z sal zabaw na Śląsku (a jest ich u nas kilka). Nawiązywanie kontaktów z innymi dziećmi, atrakcje ruchowe i niecodzienne spędzenie czasu, to plusy takiego wyjścia. Pozostało tylko malutkie "ale". Otóż jak kiedyś wspominałam Ben, to taki zawodnik, który na rękach u mamy czy taty jest bardzo odważny, towarzyski i roześmiany, jednak wraz z opuszczeniem bezpiecznych ramion jego odwaga drastycznie spada. Do zera. No może nie jest tak źle, wprawdzie potrzebuje dłuższej chwili, żeby się zaaklimatyzować, woli trzymać się blisko nas, ale lubi też zaczepiać innych, a nawet przyłączać się do rozmowy, "po swojemu". Zatem spróbowaliśmy.

Wybraliśmy takie miejsce, które oferuje osobną salę dla małych dzieci. Kiedy weszliśmy do sali Ben rozglądał się z zaciekawieniem, jednak nie miał zamiaru się nas puszczać. Wczepił się swoimi malutkimi rączkami i tulił. Daliśmy mu chwilę, potem zachęciliśmy do zabawy miękkimi, kolorowymi cyferkami i doszliśmy do wniosku, że ta pierwsza wizyta będzie "zapoznawcza". Oswoi się z miejscem, a kiedy przyjedziemy następnym razem, to może odważy się na coś więcej.




Jednak już po chwili nieśmiało zaczął wyciągać rączki w kierunku wielkich klocków,


a potem zobaczył jak inna dziewczynka wspina się na platformę i...przepadł! On też tak chciał. Zaczął przebierać nóżkami i z moją pomocą wdrapał się tam.


Potem to już było istne szaleństwo. Raczkowanie gdzie się tylko da, po całym pomieszczeniu. Zaczepianie innych dzieci i rodziców (ale z daleka oczywiście). Uciekanie przed mamą, bieganie do taty (na czworaka, bo Ben bez trzymania się czegoś jeszcze nie chodzi). Pokonywanie różnych przeszkód. Po prostu byliśmy zachwyceni tą Jego radością!





Wróciliśmy do tej sali kilka dni później i Ben nawet nie potrzebował "swojej chwili" na aklimatyzację. Natychmiast poraczkował się bawić... Jedynym minusem było czasem wpadanie na chwilę starszych dzieci, które nie zważały na maluszki i rodzice (maluchów) sami musieli zwracać im uwagę, że to sala dla najmłodszych a oni mają swoją...


Ostatnio ze względu na moją chorobę, a teraz Bena i znów moją (!)...nie chodziliśmy do takich zmasowanych miejsc, ale jak tylko zaraza opuści nasz dom, to napewno tej zimy jeszcze nie raz skorzystamy.




Judyta.