środa, 5 listopada 2014
wszystko na już i jeszcze szybciej!
Doskonale wiemy, jakie teraz mamy czasy spod znaku "fast". Wszystko musi być szybko, na wczoraj, a i to za wolno. Szybko jemy, szybko pracujemy, szybko jeździny. Szybciej, szybciej, szybciej...
I wiecie co? Ben podkręca tempo jeszcze bardziej :). Taki mamy teraz okres, że jeśli czegoś nie zrobię na już, albo jeszcze szybciej, to kończy się krzykiem. Po przyjściu ze spaceru, nim dobrze zamknę jeszcze drzwi, już słyszę jak żąda zdjęcia kurtki, no to czym prędzej (cała zgrzana i ubrana oczywiście) zdejmuję tą nieszczęsną kurtkę. Ale naturalnie robię to o wiele za wolno, bo ledwie rozpinam zamek, a przecież buty jeszcze są na nogach! Jak mogłam do tego dopuścić?! Więc jedną ręką ściągam suwak w dół, a drugą już majstruję przy bucikach. Czemu tak wolno? Nie mam pojęcia, zwłaszcza że Ben uważa iż już dawno powinnam piątą i szóstą ręką zdjąć czapkę i apaszkę. Uff, rozebrany, chciaż powinnam się porządnie wstydzić, że musiał się tak irytować z powodu mojej opieszałości. W końcu mogę spokojnie zdjąć sobie buty, kurtkę, odwiesić torebkę... zaraz zaraz, czy ja zwariowałam?! To nie te czasy, tu trzeba szybciej! Przecież Ben już, w tej chwili i na teraz żąda picia, już krzyczy "okuła!" (czyli odkurzacz, bo namiętnie jeździ po panelach rurą z odkurzacza, która jest schowana w szafie w przedpokoju), no i jeszcze "ćitać!", nie ma zmiłuj. Wszystko na już i... już!
Hola, hola drogi panie! Rąk to ja mam tylko sztuk dwie, głowę jedną, a poziomu cierpliwości, cóż może i to są złoża odnawialne, ale też bywają na wyczerpaniu. Więc mówię czasem z resztką spokoju: "Stop. Mama ma tylko dwie rączki i nie może tego zrobić szybciej". Na co Ben patrzy zdziwiony, po czym głaszcze mnie swoją małą rączką w geście pocieszenia i mówi: "łaaa", co oznacza "ładna" i jest dobrze. Matka rozczulona, baterie naładowane, by... po chwili karuzela ruszyła od nowa. Szybciej! Teraz! Na już!
Czy u Was też wszystko kręci się na podwyższonych obrotach i rządzi Wami fast and furious? :)
Judyta.
wtorek, 4 listopada 2014
domowy oldschool, czyli zabawy z dzieckiem.
Kiedy za oknem szaro, buro i ponuro, lub siedzenie w domu to nie wybór a konieczność (jak w przypadku naszej choroby) trzeba uruchomić pokłady kreatywności. Urządziliśmy sobie z Benem tydzień zabaw z mojego dzieciństwa. Takich, co to nie wymagały nowinek technicznych, żadnych grających i świecących super ekstra wypasionych zabawek, za to cieszyły ogromnie i nie chciało się ich przerywać. Wszyscy pewnie doskonale je znamy i praktykujemy, bo naprawdę warto je odkurzyć. Najlepsze jest to, że z takich zabaw przy niewielkich modyfikacjach będzie zadowolony zarówno bobas, roczniak, dwulatek, trzylatek, czterolatek jak i... niemal 27- latka :) Have fun!
Masa solna, zrobiona według najprostszego przepisu (w proporcjach 1:1:1/2 mąka, sól, woda).
Nie pytajcie co to jest, przyjmijmy że stworek :) lepiliśmy też różne zwierzątka, a Ben wbijając rączki z całych sił w masę pytał tylko "co to?" To nie była nasza pierwsza przygoda z masą, ale on tak szybko rośnie, że co jakiś czas dziwi się, jakby odkrywał ją zupełnie na nowo.
Zamek, to coś w co lubimy się bawić, zwłaszcza ukryci z pluszakami i poduszkami. Ben uwielbia też wchodzić z każdej strony odsłaniając koce i bawiąc się w "a kuku". Wtedy to ja muszę siedzieć w środku, a on cieszy się kiedy wołam "gdzie jest Beniaminek?", po czym zaglada z którejś strony, wchodzi, wychodzi, kładzie się i wygłupia.
Malowanie kaszą to fajna sprawa, kiedy kredkami jeszcze nie wychodzi. Dodatkowo można poczuć w paluszkach ciekawe faktury. Jako płótno posłużyła nam blacha do pieczenia :)
Zabawy z wodą, to jest to. Takie zabawy prowadzimy przy każdej kąpieli, ale przecież warto bawić się częściej, bo zabawa w wodzie nigdy się nie nudzi.
Kto by pomyślał, że tyle zabawy będzie przy... Zamiataniu? :) Ben kazał mi trzymać szufelkę, a sam zamiatał misie, potem je rozsypywaliśmy i znów było zamiatanie i tak w kółko.
Domowy teatrzyk. Pamiętam jak w dziecistwie wstawiałam sztuki, teraz czas na nowy repertuar :) Wstarczą dwa krzesła, kilka kocy i pluszaków. Ben tworzył sztukę razem ze mną biorąc do ręki jednego z aktorów i naprawdę fajnie nam to wychodziło.
A dlaczego by tak nie założyć kapeli garażowej? Perkusista już ćwiczy i ma sporo radości kiedy może się tak wyżyć :)
Pomysłów jest oczywiście dużo, dużo więcej. Wkorzystać można przecież niemal wszystko, choćby zwykły karton, czy rolkę po ręcznikach papierowych...
Lubicie odkurzać stare zabawy? Może pokusicie się o własny tydzień pod hasłem "domowy oldschool", który uda Wam się zamieścić na blogu ? Co powiecie na takią listopadową zabawę? Jeśli uda Wam się uwiecznić ją na zdjęciach i przygotować post, to będę bardzo szczęśliwa. Podeślijcie też link, do Was, a zamieszczę go u siebie :)
Judyta.
Masa solna, zrobiona według najprostszego przepisu (w proporcjach 1:1:1/2 mąka, sól, woda).
Nie pytajcie co to jest, przyjmijmy że stworek :) lepiliśmy też różne zwierzątka, a Ben wbijając rączki z całych sił w masę pytał tylko "co to?" To nie była nasza pierwsza przygoda z masą, ale on tak szybko rośnie, że co jakiś czas dziwi się, jakby odkrywał ją zupełnie na nowo.
Zamek, to coś w co lubimy się bawić, zwłaszcza ukryci z pluszakami i poduszkami. Ben uwielbia też wchodzić z każdej strony odsłaniając koce i bawiąc się w "a kuku". Wtedy to ja muszę siedzieć w środku, a on cieszy się kiedy wołam "gdzie jest Beniaminek?", po czym zaglada z którejś strony, wchodzi, wychodzi, kładzie się i wygłupia.
Malowanie kaszą to fajna sprawa, kiedy kredkami jeszcze nie wychodzi. Dodatkowo można poczuć w paluszkach ciekawe faktury. Jako płótno posłużyła nam blacha do pieczenia :)
Zabawy z wodą, to jest to. Takie zabawy prowadzimy przy każdej kąpieli, ale przecież warto bawić się częściej, bo zabawa w wodzie nigdy się nie nudzi.
Kto by pomyślał, że tyle zabawy będzie przy... Zamiataniu? :) Ben kazał mi trzymać szufelkę, a sam zamiatał misie, potem je rozsypywaliśmy i znów było zamiatanie i tak w kółko.
Domowy teatrzyk. Pamiętam jak w dziecistwie wstawiałam sztuki, teraz czas na nowy repertuar :) Wstarczą dwa krzesła, kilka kocy i pluszaków. Ben tworzył sztukę razem ze mną biorąc do ręki jednego z aktorów i naprawdę fajnie nam to wychodziło.
A dlaczego by tak nie założyć kapeli garażowej? Perkusista już ćwiczy i ma sporo radości kiedy może się tak wyżyć :)
Pomysłów jest oczywiście dużo, dużo więcej. Wkorzystać można przecież niemal wszystko, choćby zwykły karton, czy rolkę po ręcznikach papierowych...
Lubicie odkurzać stare zabawy? Może pokusicie się o własny tydzień pod hasłem "domowy oldschool", który uda Wam się zamieścić na blogu ? Co powiecie na takią listopadową zabawę? Jeśli uda Wam się uwiecznić ją na zdjęciach i przygotować post, to będę bardzo szczęśliwa. Podeślijcie też link, do Was, a zamieszczę go u siebie :)
Judyta.
niedziela, 2 listopada 2014
Last month.
Choć przez swoją dłuższą nieobecność na blogu powinnam raczej napisać "last few months" :) Czas biegnie jak szalony, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Dopiero było lato, teraz tkwimy w jesieni, a na horyzoncie widać już zimę. Jak powstrzymać to szalone tempo?
Zapraszam Was na mój mix zdjęć z niedalekiej przeszłości :)
Powyższe zdjęcia to kolejka linowa "Elka" w Parku Chorzowskim. Wreszcie się wybraliśmy i fajna sprawa. Do kabiny można spokojnie wjechać wózkiem, są też otwarte krzesełka. Pamiętam tą kolejkę z dawnych lat i fajnie znów było się przjechać :)
Powyżej zdjęcia z przyjaznej rodzinom knajpki. Jest naprawdę fajny kącik zabaw, pokój matki z dzieckiem, a na zewnątrz plac zabaw z animatorką w każdy weekend wakacji. Jeśli jesteście z okolicy to pewnie kojarzycie to miejsce, zresztą już kiedyś o nim pisałam nawet :)
Zdjęcie z naszego remontu. Na szczęście już dawno remon skończony, zostały jak zwykle drobiazgi. Jak tylko dopieszczę całość, to pokażę / malowanie farbą fasadową, którą zachwalał sprzedawca, to była niezła męka. Mało wydajna, pryskała na wszystkie strony, ehhh malowania mam dość na jakiś czas.
Ach, jakbym chciałabym żeby te ciepłe dni wróciły...
Nie mogę pominąć oczywiście naszych wakacji na Wyspach. Nie będę Was jednak zamęczać tuzinem kolejnych zdjęć, bo możecie je zobaczyć w postach, które na ten temat przygotowałam (Londyn part 1, 2, 3) :) Jest coś co wyszperałam. Pisałam Wam o najwyższym ukoczonym wieżowcu w Europie, The Shard. Przeglądając stare zdjęcia odkryłam, że będąc tam kilka lat temu z M. uwieczniliśmy na fotce jego budowę, a kiedy byliśmy teraz był już ukończony i dumnie sięgał do chmur :) Fajnie tak cofnąć się w pamięci i pomyśleć jak to było, ale też przypomina mi to o jedym okrutnym fakcie: lata lecą, a my nie młodniejemy...
Judyta.
Zapraszam Was na mój mix zdjęć z niedalekiej przeszłości :)
Powyższe zdjęcia to kolejka linowa "Elka" w Parku Chorzowskim. Wreszcie się wybraliśmy i fajna sprawa. Do kabiny można spokojnie wjechać wózkiem, są też otwarte krzesełka. Pamiętam tą kolejkę z dawnych lat i fajnie znów było się przjechać :)
Powyżej zdjęcia z przyjaznej rodzinom knajpki. Jest naprawdę fajny kącik zabaw, pokój matki z dzieckiem, a na zewnątrz plac zabaw z animatorką w każdy weekend wakacji. Jeśli jesteście z okolicy to pewnie kojarzycie to miejsce, zresztą już kiedyś o nim pisałam nawet :)
Zdjęcie z naszego remontu. Na szczęście już dawno remon skończony, zostały jak zwykle drobiazgi. Jak tylko dopieszczę całość, to pokażę / malowanie farbą fasadową, którą zachwalał sprzedawca, to była niezła męka. Mało wydajna, pryskała na wszystkie strony, ehhh malowania mam dość na jakiś czas.
Jesiennie w kuchni: Korzystam z piekarnika, który kupiliśmy dopiero przy okazji remontu / jesienne klimaty i kaloszki Bena, które uwielbiam / zupka marchewkowo dyniowa z ryżem / gotujemy krem pomidorowy według przepisu Zosi Cudny. Bardz spodobał mi się patent dodania gruszki jako sposobu na dosłodzenie.
Ach, jakbym chciałabym żeby te ciepłe dni wróciły...
Nie mogę pominąć oczywiście naszych wakacji na Wyspach. Nie będę Was jednak zamęczać tuzinem kolejnych zdjęć, bo możecie je zobaczyć w postach, które na ten temat przygotowałam (Londyn part 1, 2, 3) :) Jest coś co wyszperałam. Pisałam Wam o najwyższym ukoczonym wieżowcu w Europie, The Shard. Przeglądając stare zdjęcia odkryłam, że będąc tam kilka lat temu z M. uwieczniliśmy na fotce jego budowę, a kiedy byliśmy teraz był już ukończony i dumnie sięgał do chmur :) Fajnie tak cofnąć się w pamięci i pomyśleć jak to było, ale też przypomina mi to o jedym okrutnym fakcie: lata lecą, a my nie młodniejemy...
Judyta.
piątek, 31 października 2014
"ćitaaaaaaać!"
Z tym właśnie hasłem na ustach Ben przybiega do mnie średnio jakieś sto razy dziennie. Czytamy od kiedy skończył bodajże miesiąc i tak nam zostało, z tym, że taraz to nie mam wyjścia :) W komodzie Bena dolna szuflada jest przeznaczona właśnie na książki i jest uruchamiana wkrótce po porannym mleczku. Biegnie na oślep, otwiera, krzyczy "citać, tą!" i wyciąga jedną z lektur. Potem klepie na dywan dając wyraźny sygnał gdzie jest moje miejsce, sadowi się tuż obok, układa książeczkę na swoich małych nóżkach i czeka aż bajka rozbrzmieje po pokoju. Lubię te chwile z nim, lubię kiedy tak uważnie słucha, kiedy czasem przerywa żeby pokazać "laba" (żaba), "hu-hu" (sowa), czy "i-oo" (osiołek) i wiele innych, lubię się wczuwać, zmieniać głosy i ćwiczyć nasz angielski, bo i w tym języku czytamy. Potem rzuca hasło "inną" i z zapałem nurkuje w szufladzie w poszukiwaniu nowej książki. Nie będę kłamać, że czasem mnie to też męczy, bo jak wspomniałam szuflada jest w ciągłym użyciu, a "ćitać" towarzyszy mi nie tylko rano, ale też podczas robienia obiadu, chwili przy kawie, myciu naczyń, a nawet w łazience. Słowem nigdy nie wiesz kiedy "ćitać" cię dopadnie i zza którego rogu wyskoczy.
Ostatnio dotarł do nas powiew świeżości za sprawą prezentu od wujka R., który podarował nam magnesową książeczkę. Buźki zadomowiły się też na naszej lodówce i tam też mają się całkiem dobrze.
A czy Wasze maluszki też są takie nadgorliwe w tej kwestii? :)
Judyta.
Ostatnio dotarł do nas powiew świeżości za sprawą prezentu od wujka R., który podarował nam magnesową książeczkę. Buźki zadomowiły się też na naszej lodówce i tam też mają się całkiem dobrze.
A czy Wasze maluszki też są takie nadgorliwe w tej kwestii? :)
Judyta.
czwartek, 30 października 2014
"przecież dziecko musi mieć trochę słodkiego..." - Ja tego nie kupuję.
Wszyscy nasi znajomi wiedzą, że Ben nie jada słodyczy. Nie dostaje smakowych jogurtów, słodzonych serków, batoników, chipsów, lizaków i tym podobnych. Najczęściej pierwszą reakcją jest: "ale jak to, przecież dziecko musi mieć trochę słodkiego" i dopiero po wysłuchaniu moich argumentów przychodzi refleksja i przyznanie racji lub też nie (nie każdy musi się przecież ze mną zgadzać, nie jestem jedną z tych, co mają monopol na rację). Wspominałam już i tu i na moim poprzednim blogu "benkowo", że mam określone zasady jeśli chodzi o żywienie, więc pewnie już to wiecie. Dziś chciałam jednak umotywować swoje poglądy. Być może ktoś z Was myśli podobnie i sypnie z rękawa garścią swoich doświadczeń lub przeanalizuje czym kieruje się w żywieniu swojej pociechy albo też siłą argumentów wyrzuci moje do kosza i naprowadzi na inną drogę.
Zacznę od tego, że nie jestem dietetykiem, ani lekarzem, a ten post ma za zadanie przedstawić jedynie mój punkt widzenia.
Po pierwsze ten sławny cukier, który wszyscy tek ochoczo przypisują dzieciom występuje naturalnie w owocach, więc absolutnie Benowi go nie zabieram.
Po drugie tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy, że występuje on także w produktach, w których nie spodziewalibyśmy się go znaleźć. Wystarczy przeczytać skład danego produktu i często okazuje się, że np. w sałatce rybnej wędlinach, płatkach, bułkach i wielu wielu innych jest cukier. Występuje on także na opakowaniach pod nazwą syrop glukozowo-fruktozowy, glukozowy, fruktozowy, gronowy i pewnie jeszcze kilku o których nie wiem. Do tego sprytni producenci ukrywają go np. w tabeli pod hasłem "węglowodany w tym cukry", nie rozgraniczając ile czego jest. A czasem jest tak że podana wartość to w całości cukier.
Pozatym nie wiem, czy wiecie ale regularne podawanie dziecku cukru obniża jego odporność, która i tak jest naturalnie słabsza niż u dorosłego człowieka. Pominę już całą gamę szkodliwości takich jak próchnica, nadwaga i wiele innch, bo chyba nie trzeba już nikomu o nich mówić.
Ponadto czytając skład wydawałoby się "niewinnych" biszkoptów, czy herbatników (których u nas nie uświadczysz, a które często widzę jak rodzice podają dzieciom), znajduję na pierwszej pozycji mąkę pszenną, a na drugiej cukier, to wyobrażam sobie ile go tam musi być. A skład podawany jest od tego czego jest w produkcie najwięcej, do tego czego jest najmniej. Wcale nie trzeba dawać dziecku batonów oblanych czekoladą, żeby coś ociekało cukrem. Wystarczą serki, czy jogurty które z owocami nie miały nic wspólnego za to z cukrem i całą gamą polepszaczy to i owszem. Dlatego jeśli u nas jogurt, to tylko naturalny.
Zresztą nie o ten nieszczęsny cukier tutaj tylko chodzi, a o całą resztę. Dzisiejsza żywność jest tak wysoce przetworzona i super hiper ulepszona, że można dostać zawrotu głowy. Kiedy biorę do ręki jakiś produkt w sklepie i zaczynam czytać jego skład, a on wydaje się nie mieć końca i do tego jeszcze zaczyna przypominać skomplikowany wzór chemiczny, to odkładam i nigdy nie biorę ponownie. Im krótszy skład, tym lepszy.
Kolejnym powodem jest też to, że podobnie podchodzimy z M. do swojego żywienia. Pijemy tylko niegazowaną wodę źródlaną, dobre jakościowo, niesłodzone soki, cukru nie używamy wcale i staramy się racjonalnie odżywiać. Pewnie, że sobie pozwalam na więcej, na ciacho od czasu do czasu, czy kawę (od niedawna), ale dopóki mogę czuwać nad dobrym żywieniem Bena, to będę trzymać się zasad.
Jasne, że zaraz pojawią się tutaj głosy; to nie jedzmy niczego, skoro wszystko jest słodzone i ulepszane, to co za różnica, kiedyś jadło się słodycze i nikt się nad tym nie zastanawiał...
To, że wszystko jest dziś słodzone i ulepszane, to niestety smutna prawda. Jenak nie jesteśmy bezradni. Zdaję sobie sprawę, że nie uniknę całego zła, ale staram się ograniczyć je na tyle, na ile mogę. Czytam dokładnie składy, różne artykuły i podchodzę do tematu "zdroworozsądkowo" (mam taką nadzieję). Kiedyś jadło się więcej słodyczy przygotowanych w domu, ciast upieczonych przez babcię, która może i sypnęła cukrem, ale napewno nie dodała barwników, substancji konserwujących i aromatów, zamiast owoców. Do tego będę się trzymać przekonania, że wtedy żywość nie była tak naszpikowana wszystkim, smak był inny i nie trzeba było niczego robić light i super light.
To oczywiście bardzo rozległy temat, a ja ujęłam tylko jego wycinek, nie zagłębiając się w cały jadłospis (jeśli ktoś byłby tym bliżej zainteresowany, to może do mnie napisać, czy szepnąć słówko, o zrobienie wpisu), ale jak Wy podchodzicie do tematu? Cukier nie cukier, o to jest pytanie? Jak ze słodyczami i innymi potrawami u Was?
zdjęcie
Pozdrawiam Was ze słonecznego Śląska, który my oglądamy tylko przez okno z powodu katarku i kaszlu, ale bynajmniej się nie nudzimy, czego efekty zobaczycie niedługo :)
Judyta
Zacznę od tego, że nie jestem dietetykiem, ani lekarzem, a ten post ma za zadanie przedstawić jedynie mój punkt widzenia.
Po pierwsze ten sławny cukier, który wszyscy tek ochoczo przypisują dzieciom występuje naturalnie w owocach, więc absolutnie Benowi go nie zabieram.
Po drugie tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy, że występuje on także w produktach, w których nie spodziewalibyśmy się go znaleźć. Wystarczy przeczytać skład danego produktu i często okazuje się, że np. w sałatce rybnej wędlinach, płatkach, bułkach i wielu wielu innych jest cukier. Występuje on także na opakowaniach pod nazwą syrop glukozowo-fruktozowy, glukozowy, fruktozowy, gronowy i pewnie jeszcze kilku o których nie wiem. Do tego sprytni producenci ukrywają go np. w tabeli pod hasłem "węglowodany w tym cukry", nie rozgraniczając ile czego jest. A czasem jest tak że podana wartość to w całości cukier.
Pozatym nie wiem, czy wiecie ale regularne podawanie dziecku cukru obniża jego odporność, która i tak jest naturalnie słabsza niż u dorosłego człowieka. Pominę już całą gamę szkodliwości takich jak próchnica, nadwaga i wiele innch, bo chyba nie trzeba już nikomu o nich mówić.
Ponadto czytając skład wydawałoby się "niewinnych" biszkoptów, czy herbatników (których u nas nie uświadczysz, a które często widzę jak rodzice podają dzieciom), znajduję na pierwszej pozycji mąkę pszenną, a na drugiej cukier, to wyobrażam sobie ile go tam musi być. A skład podawany jest od tego czego jest w produkcie najwięcej, do tego czego jest najmniej. Wcale nie trzeba dawać dziecku batonów oblanych czekoladą, żeby coś ociekało cukrem. Wystarczą serki, czy jogurty które z owocami nie miały nic wspólnego za to z cukrem i całą gamą polepszaczy to i owszem. Dlatego jeśli u nas jogurt, to tylko naturalny.
Zresztą nie o ten nieszczęsny cukier tutaj tylko chodzi, a o całą resztę. Dzisiejsza żywność jest tak wysoce przetworzona i super hiper ulepszona, że można dostać zawrotu głowy. Kiedy biorę do ręki jakiś produkt w sklepie i zaczynam czytać jego skład, a on wydaje się nie mieć końca i do tego jeszcze zaczyna przypominać skomplikowany wzór chemiczny, to odkładam i nigdy nie biorę ponownie. Im krótszy skład, tym lepszy.
Kolejnym powodem jest też to, że podobnie podchodzimy z M. do swojego żywienia. Pijemy tylko niegazowaną wodę źródlaną, dobre jakościowo, niesłodzone soki, cukru nie używamy wcale i staramy się racjonalnie odżywiać. Pewnie, że sobie pozwalam na więcej, na ciacho od czasu do czasu, czy kawę (od niedawna), ale dopóki mogę czuwać nad dobrym żywieniem Bena, to będę trzymać się zasad.
Jasne, że zaraz pojawią się tutaj głosy; to nie jedzmy niczego, skoro wszystko jest słodzone i ulepszane, to co za różnica, kiedyś jadło się słodycze i nikt się nad tym nie zastanawiał...
To, że wszystko jest dziś słodzone i ulepszane, to niestety smutna prawda. Jenak nie jesteśmy bezradni. Zdaję sobie sprawę, że nie uniknę całego zła, ale staram się ograniczyć je na tyle, na ile mogę. Czytam dokładnie składy, różne artykuły i podchodzę do tematu "zdroworozsądkowo" (mam taką nadzieję). Kiedyś jadło się więcej słodyczy przygotowanych w domu, ciast upieczonych przez babcię, która może i sypnęła cukrem, ale napewno nie dodała barwników, substancji konserwujących i aromatów, zamiast owoców. Do tego będę się trzymać przekonania, że wtedy żywość nie była tak naszpikowana wszystkim, smak był inny i nie trzeba było niczego robić light i super light.
To oczywiście bardzo rozległy temat, a ja ujęłam tylko jego wycinek, nie zagłębiając się w cały jadłospis (jeśli ktoś byłby tym bliżej zainteresowany, to może do mnie napisać, czy szepnąć słówko, o zrobienie wpisu), ale jak Wy podchodzicie do tematu? Cukier nie cukier, o to jest pytanie? Jak ze słodyczami i innymi potrawami u Was?
zdjęcie
Pozdrawiam Was ze słonecznego Śląska, który my oglądamy tylko przez okno z powodu katarku i kaszlu, ale bynajmniej się nie nudzimy, czego efekty zobaczycie niedługo :)
Judyta
wtorek, 28 października 2014
Kiedy Miś wychowuje Ci dziecko...
Większość dzieci ma w swoim życiu taki moment, w którym ulubiona zabawka staje się przyjacielem, nieodłącznym kompanem dnia codziennego. U nas poszło to o krok dalej. Otóż Miś, jakiego widzicie wyżej, przejął prawie wszystkie moje obowiązki.
Dla przykładu: ja nie mogę Bena ubrać, bo odrazu ucieka i protestuje, a wystarczy, że Miś zapyta swoim "misiowym" głosem: Czy mogę ubrać Ci spodnie? i odrazu dostaje odpowiedź: tak! po czym Ben grzecznie czeka, aż misiowe łapki wciągną mu spodnie.
Ja kategorycznie nie mogę umyć mu ząbków, za to kiedy usłyszy misiowy głos pytający o to, bez zastanowienia się zgadza i już misiowa łapka uzbrojona w szczoteczkę szoruje małe ząbki.
Miś uspokaja go także, gdy nie może się dobrze obudzić po drzemce, zasypia u jego boku, je obiadki, chodzi z nami na spacery, jeździ na rowerku, wybiera się z nami na wakacje i w odwiedziny, korzysta z nakładki na toalecie, myje buzie i nosi skarpetki.
Mówię Wam, gdyby jeszcze tak Miś nie potrzebował do tego wszystkiego moich rąk i mojego dubbingu, to nie miałabym nic do roboty :). No może prócz czytania bajek, bo tego Ben mi nie odpuszcza, no i jeszcze sprzątania i gotowania.
A czy Wy macie tak szeroko zakrojoną i wysoce wykwalifikowaną pomoc w wychowaniu dziecka? No? :)
Judyta.
niedziela, 26 października 2014
(od)lot z dzieckiem, czyli Londyn part. 3
Tak jak obiecałam ostatnio, dziś zabiorę Was w bardzo kolorowe miejsce jakim jest (jak słusznie zauważyła Ewelina) :) Camden Town oraz nad morze.
Camden, to wielobarwna dzielnica, która ma niepowtarzalny klimat. Pełna kanałów i śluz, marketów, niszowych sklepików, księgarń, klubów i kultur z całego świata. Sercem tej dzielnicy jest Camden Market, ogromne targowisko z ubraniami, takninami, ozdobami, starociami i wieloma innymi rzeczami z całego globu.
cafe Benjamin :)
Przysiadłabym z nimi na herbatkę :)
Camden Locks. Śluzy i barki.
Skoro poczuliśmy już nieco zapachu wody, to czas ruszyć nad morze :). Tam wybraliśmy się już metrem i koleją, gdyż do auta było nas za dużo. Niemniej jednak transoprt w UK jest świetnie zorganizowany, zatem podróżowanie miejskimi i poza miejskimi środkami transportu nie stanowi większego problemu. Jedyne chyba co było męczące, to wszechogarniające schody, na każdą stację i z niej, gdzie ciągłe wchodzenie i schodzenie z wózkiem potrafi dać w kość. Jednak ludzie na każdym kroku są bardzo pomocni, wręcz bez pytania łapią, czy to za wózek, czy bagaż, dosłownie pomagają w każdej sytuacji (choć my akurat byliśmy w pełnym składzie więc nie potrzebowałam pomocy):). Dzieci to już szczególnie są traktowane bardzo dobrze, jak mawia P. to takie małe sztabki złota w UK.
Southend on Sea, to miasto w południowo-wschodniej Anglii. Znajduje się 65 km od centrum Londynu w hrabstwie ceremonialnym Essex. Jest znane z licznych atrakcji i przyciąga rzesze turystów.
Jedną z atrakcji jest Wesołe Miasteczko Adventure Island.
M. próbował swoich sił strzeleckich.
A ja starałam się upolować pluszaka, jednak wiadomo, że to było z góry skazane na porażkę :)
Po drugiej stronie ulicy, czeka kolejna atrakcja jaką są salony gier. Niech Was nie zdziwi fakt, że wybraliśmy się tam z dziećmi. To nie żadne kasyna, tylko miejsce zabaw dla całej rodziny. Gra się za śmieszne pieniądze (jak 2p, 5p, 10p itd.), są kręgle, automaty z pluszakami, maty do tańczenia, automaty do gry w bingo. Swoją drogą bingo bardzo mi się spodobało, choć zawsze kojarzyłam tą grę głównie z filmów jako rozrywkę dla emerytów :). Niepokonana w bingo jest P. która bez problemu ogrywała maszyny, podczas gdy ja w ślimaczym tempie zaznaczałam numerki. Był też automat do robienia zdjęć, no wiecie, też jak w filmach :) i cyknęliśmy sobie serię, a jakże, ale naprawdę ciężko było się w trójkę ustawić, w zwiazku z czym na każdym zdjęciu mamy zdecydowanie "nieokreślone" miny.
Teletubisie, to aktualna miłość Bena, który raczy się bajką w bardzo awarjnych sytuacjach.
Najważniejszą atrakcją miasta jest z pewnością najdłuższe molo na świecie 2158 m, po którym jeździ kolejka silnikowa. Zawrotne ponad dwa kilometry w głąb morza, można pokonać na nogach, albo skorzystać z kolejki w jedną lub dwie strony. Tym razem wybraliśmy opcję przejścia się w dwie strony (kiedyś już byliśmy na tym molo i jechaliśmy kolejką). Na samym molo wieje straszny wiatr, a co jakiś czas są umiejscowione małe zadaszenia, pod którymi jest niesamowita zmiana, czyli nie wieje wcale.
My byliśmy poubierani i zawijani czym się dało, a anglicy zdawali się nie zwracać na owy wiatr uwagi. Na kocu molo była para młoda i goście weselni poubierani w letnie sukienki, bez żadnego okrycia. Nawet małe dzieci były w krótkich spodenkach, czy sukienkach, a my trzęśliśmy się z zmina ogrzewając gorącą czekoladą w kawiarni. Brrrr.
Na początku mola, tuż za kasami przywitały nas szachy :)
Na długiej kamienisto-piaszczystej plaży jest dużo leżaków, jest plac zabaw, można popłynać motorówką...
Tak, jak wspomniałam anglicy zdawali się nie przejmować pogodą. Sama przyznałam, że ciężko ubrać się odpowiednio do tamtejszej pogody, która jest niezwykle zmienna, jednak my reagowaliśmy po prostu na bieżąco jeśli chodzi o Bena. W tym momencie było naprawdę zwyczajnie zimno. Ben miał na sobie sweter, kamizelkę puchową i przykryty był kocem, a po tej fontannie biegały dzieci boso, lekko ubrane, przemoczone. A najbardziej mnie zszokował widok tak ok. rocznego berbecia, rozebranego w tej fontannie jedynie do samych body, z gołymi nóżkami. No, musiałam to napisać. Taka matka polka się we mnie odezwała :)
To już ostatnia porcja zdjęć i wspomnień z naszych Wakacji. Mam nadzieję, że się nie nudziliście, a nawet przyjemnie Wam było odbyć tą wirtualną podróż. Planuję jeszcze przygotować "10 powodów dla których wciąż wracam do Londynu", ale dajcie znać, czy Londyn się Wam nie "przejadł" (czy to w ogóle możliwe???). Zresztą, jak stwierdzicie, że tak, to zakryję oczy i udam że tego nie widziałam :)
Poprzednie posty w temacie:
(od)lot z dzieckiem, czyli Londyn part.1
(od)lot z dzieckiem, czyli Londyn part.2
Judyta.
Camden, to wielobarwna dzielnica, która ma niepowtarzalny klimat. Pełna kanałów i śluz, marketów, niszowych sklepików, księgarń, klubów i kultur z całego świata. Sercem tej dzielnicy jest Camden Market, ogromne targowisko z ubraniami, takninami, ozdobami, starociami i wieloma innymi rzeczami z całego globu.
Przysiadłabym z nimi na herbatkę :)
Powyższe zdjęcia to Camden High Street.
Wkraczamy na Camden Lock Village Market.
Jak wiecie Ben jest niemal dwulatkiem, więc własnych nóżek używa do chodzenia już dawno, dlatego do Camden wybraliśmy się bez wózka (dodatkowo bagażnik był zapchany stertą innych rzeczy :) ). To był też dobry sprawdzian na to, czy jeszcze go wogóle potrzebujemy, czy można powoli rezygnować z czterech kółek. Szybko jednak okazało się, że to jeszcze nie pora, a samodzielne poruszanie się w wielkim tłumie (jaki zawsze tam panuje), takiego szkraba jest nie tylko wielkim wyzwaniem, ale wręcz niebezpieczne. Co rusz musiałam go osłaniać, bo zostałby zadeptany. Skończyło się na tym, że każdy po torchu nósł go na rękach :).
Skoro poczuliśmy już nieco zapachu wody, to czas ruszyć nad morze :). Tam wybraliśmy się już metrem i koleją, gdyż do auta było nas za dużo. Niemniej jednak transoprt w UK jest świetnie zorganizowany, zatem podróżowanie miejskimi i poza miejskimi środkami transportu nie stanowi większego problemu. Jedyne chyba co było męczące, to wszechogarniające schody, na każdą stację i z niej, gdzie ciągłe wchodzenie i schodzenie z wózkiem potrafi dać w kość. Jednak ludzie na każdym kroku są bardzo pomocni, wręcz bez pytania łapią, czy to za wózek, czy bagaż, dosłownie pomagają w każdej sytuacji (choć my akurat byliśmy w pełnym składzie więc nie potrzebowałam pomocy):). Dzieci to już szczególnie są traktowane bardzo dobrze, jak mawia P. to takie małe sztabki złota w UK.
Southend on Sea, to miasto w południowo-wschodniej Anglii. Znajduje się 65 km od centrum Londynu w hrabstwie ceremonialnym Essex. Jest znane z licznych atrakcji i przyciąga rzesze turystów.
Jedną z atrakcji jest Wesołe Miasteczko Adventure Island.
M. próbował swoich sił strzeleckich.
A ja starałam się upolować pluszaka, jednak wiadomo, że to było z góry skazane na porażkę :)
Teletubisie, to aktualna miłość Bena, który raczy się bajką w bardzo awarjnych sytuacjach.
Najważniejszą atrakcją miasta jest z pewnością najdłuższe molo na świecie 2158 m, po którym jeździ kolejka silnikowa. Zawrotne ponad dwa kilometry w głąb morza, można pokonać na nogach, albo skorzystać z kolejki w jedną lub dwie strony. Tym razem wybraliśmy opcję przejścia się w dwie strony (kiedyś już byliśmy na tym molo i jechaliśmy kolejką). Na samym molo wieje straszny wiatr, a co jakiś czas są umiejscowione małe zadaszenia, pod którymi jest niesamowita zmiana, czyli nie wieje wcale.
My byliśmy poubierani i zawijani czym się dało, a anglicy zdawali się nie zwracać na owy wiatr uwagi. Na kocu molo była para młoda i goście weselni poubierani w letnie sukienki, bez żadnego okrycia. Nawet małe dzieci były w krótkich spodenkach, czy sukienkach, a my trzęśliśmy się z zmina ogrzewając gorącą czekoladą w kawiarni. Brrrr.
Na początku mola, tuż za kasami przywitały nas szachy :)
Na długiej kamienisto-piaszczystej plaży jest dużo leżaków, jest plac zabaw, można popłynać motorówką...
Tak, jak wspomniałam anglicy zdawali się nie przejmować pogodą. Sama przyznałam, że ciężko ubrać się odpowiednio do tamtejszej pogody, która jest niezwykle zmienna, jednak my reagowaliśmy po prostu na bieżąco jeśli chodzi o Bena. W tym momencie było naprawdę zwyczajnie zimno. Ben miał na sobie sweter, kamizelkę puchową i przykryty był kocem, a po tej fontannie biegały dzieci boso, lekko ubrane, przemoczone. A najbardziej mnie zszokował widok tak ok. rocznego berbecia, rozebranego w tej fontannie jedynie do samych body, z gołymi nóżkami. No, musiałam to napisać. Taka matka polka się we mnie odezwała :)
To już ostatnia porcja zdjęć i wspomnień z naszych Wakacji. Mam nadzieję, że się nie nudziliście, a nawet przyjemnie Wam było odbyć tą wirtualną podróż. Planuję jeszcze przygotować "10 powodów dla których wciąż wracam do Londynu", ale dajcie znać, czy Londyn się Wam nie "przejadł" (czy to w ogóle możliwe???). Zresztą, jak stwierdzicie, że tak, to zakryję oczy i udam że tego nie widziałam :)
Poprzednie posty w temacie:
(od)lot z dzieckiem, czyli Londyn part.1
(od)lot z dzieckiem, czyli Londyn part.2
Judyta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









































