niedziela, 26 października 2014

(od)lot z dzieckiem, czyli Londyn part. 3

Tak jak obiecałam ostatnio, dziś zabiorę Was w bardzo kolorowe miejsce jakim jest (jak słusznie zauważyła Ewelina) :) Camden Town oraz nad morze.

Camden, to wielobarwna dzielnica, która ma niepowtarzalny klimat. Pełna kanałów i śluz, marketów, niszowych sklepików, księgarń, klubów i kultur z całego świata. Sercem tej dzielnicy jest Camden Market, ogromne targowisko z ubraniami, takninami, ozdobami, starociami i wieloma innymi rzeczami z całego globu.



cafe Benjamin :)



 Przysiadłabym z nimi na herbatkę :)




Powyższe zdjęcia to Camden High Street.




Wkraczamy na Camden Lock Village Market.








Camden Locks. Śluzy i barki.


Jak wiecie Ben jest niemal dwulatkiem, więc własnych nóżek używa do chodzenia już dawno, dlatego do Camden wybraliśmy się bez wózka  (dodatkowo bagażnik był zapchany stertą innych rzeczy :) ). To był też dobry sprawdzian na to, czy jeszcze go wogóle potrzebujemy, czy można powoli rezygnować z czterech kółek. Szybko jednak okazało się, że to jeszcze nie pora, a samodzielne poruszanie się w wielkim tłumie (jaki zawsze tam panuje), takiego szkraba jest nie tylko wielkim wyzwaniem, ale wręcz niebezpieczne. Co rusz musiałam go osłaniać, bo zostałby zadeptany. Skończyło się na tym, że każdy po torchu nósł go na rękach :). 




Skoro poczuliśmy już nieco zapachu wody, to czas ruszyć nad morze :). Tam wybraliśmy się już metrem i koleją, gdyż do auta było nas za dużo. Niemniej jednak transoprt w UK jest świetnie zorganizowany, zatem podróżowanie miejskimi i poza miejskimi środkami transportu nie stanowi większego problemu. Jedyne chyba co było męczące, to wszechogarniające schody, na każdą stację i z niej, gdzie ciągłe wchodzenie i schodzenie z wózkiem potrafi dać w kość. Jednak ludzie na każdym kroku są bardzo pomocni, wręcz bez pytania łapią, czy to za wózek, czy bagaż, dosłownie pomagają w każdej sytuacji (choć my akurat byliśmy w pełnym składzie więc nie potrzebowałam pomocy):). Dzieci to już szczególnie są traktowane bardzo dobrze, jak mawia P. to takie małe sztabki złota w UK.

Southend on Sea, to miasto w południowo-wschodniej Anglii. Znajduje się 65 km od centrum Londynu w hrabstwie ceremonialnym Essex. Jest znane z licznych atrakcji i przyciąga rzesze turystów.

Jedną z atrakcji jest Wesołe Miasteczko Adventure Island.





 M. próbował swoich sił strzeleckich.

A ja starałam się upolować pluszaka, jednak wiadomo, że to było z góry skazane na porażkę :)





Po drugiej stronie ulicy, czeka kolejna atrakcja jaką są salony gier. Niech Was nie zdziwi fakt, że wybraliśmy się tam z dziećmi. To nie żadne kasyna, tylko miejsce zabaw dla całej rodziny. Gra się za śmieszne pieniądze (jak 2p, 5p, 10p itd.), są kręgle, automaty z pluszakami, maty do tańczenia, automaty do gry w bingo. Swoją drogą bingo bardzo mi się spodobało, choć zawsze kojarzyłam tą grę głównie z filmów jako rozrywkę dla emerytów :). Niepokonana w bingo jest P. która bez problemu ogrywała maszyny, podczas gdy ja w ślimaczym tempie zaznaczałam numerki. Był też automat do robienia zdjęć, no wiecie, też jak w filmach :) i cyknęliśmy sobie serię, a jakże, ale naprawdę ciężko było się w trójkę ustawić, w zwiazku z czym na każdym zdjęciu mamy zdecydowanie "nieokreślone" miny.




 Teletubisie, to aktualna miłość Bena, który raczy się bajką w bardzo awarjnych sytuacjach.






Najważniejszą atrakcją miasta jest z pewnością najdłuższe molo na świecie 2158 m, po którym jeździ kolejka silnikowa. Zawrotne ponad dwa kilometry w głąb morza, można pokonać na nogach, albo skorzystać z kolejki w jedną lub dwie strony. Tym razem wybraliśmy opcję przejścia się w dwie strony (kiedyś już byliśmy na tym molo i jechaliśmy kolejką). Na samym molo wieje straszny wiatr, a co jakiś czas są umiejscowione małe zadaszenia, pod którymi jest niesamowita zmiana, czyli nie wieje wcale.
My byliśmy poubierani i zawijani czym się dało, a anglicy zdawali się nie zwracać na owy wiatr uwagi. Na kocu molo była para młoda i goście weselni poubierani w letnie sukienki, bez żadnego okrycia. Nawet małe dzieci były w krótkich spodenkach, czy sukienkach, a my trzęśliśmy się z zmina ogrzewając gorącą czekoladą w kawiarni. Brrrr.

Na początku mola, tuż za kasami przywitały nas szachy :)






 Na długiej kamienisto-piaszczystej plaży jest dużo leżaków, jest plac zabaw, można popłynać motorówką...


Tak, jak wspomniałam anglicy zdawali się nie przejmować pogodą. Sama przyznałam, że ciężko ubrać się odpowiednio do tamtejszej pogody, która jest niezwykle zmienna, jednak my reagowaliśmy po prostu na bieżąco jeśli chodzi o Bena. W tym momencie było naprawdę zwyczajnie zimno. Ben miał na sobie sweter, kamizelkę puchową i przykryty był kocem, a po tej fontannie biegały dzieci boso, lekko ubrane, przemoczone. A najbardziej mnie zszokował widok tak ok. rocznego berbecia, rozebranego w tej fontannie jedynie do samych body, z gołymi nóżkami. No, musiałam to napisać. Taka matka polka się we mnie odezwała :)



To już ostatnia porcja zdjęć i wspomnień z naszych Wakacji. Mam nadzieję, że się nie nudziliście, a nawet przyjemnie Wam było odbyć tą wirtualną podróż. Planuję jeszcze przygotować "10 powodów dla których wciąż wracam do Londynu", ale dajcie znać, czy Londyn się Wam nie "przejadł" (czy to w ogóle możliwe???). Zresztą, jak stwierdzicie, że tak, to zakryję oczy i udam że tego nie widziałam :)


Poprzednie posty w temacie:
(od)lot z dzieckiem, czyli Londyn part.1
(od)lot z dzieckiem, czyli Londyn part.2








Judyta.





3 komentarze:

  1. Ach, Camden!! Moja ostatnia wizyta w Londynie zakończyła się wielką bibą na Camden i porannym kacem. Ale to było w przed dzieciowej erze. Jakby wieeeki temu:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłam w Londynie dwa razy a nigdy na Camden. Chyba muszę polecieć trzeci raz :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za pozostawiony po sobie ślad!