Ostatnio klika moich koleżanek - matek stwierdziło:
"ale Ty
masz dobrze, że Twoje dziecko nie je słodyczy",
"ale Tym
masz dobrze, że Twoje dziecko nie podjada między posiłkami",
"ale Ty
masz dobrze, że Twoje dziecko pije tylko wodę, a nie słodzone soki".
Czy to oznacza, że mam takie wyjątkowe dziecko? Dla mnie oczywiście jest
najcudowniejszym dzieckiem na świecie, ale czy On wie, że słodycze są niezdrowe,
że woda nie powoduje pruchnicy i że podjadanie spowoduje brak apetytu do
zjedzenia obiadku? No nie. To wszystko jest naszą (mam tutaj na myśli siebie i
M.) świadomą decyzją. Od początku wiedziałam, że nie chcę wprowadzać słodyczy
do jego diety -oczywiście to nie jest tak, że nigdy ich nie spróbuje.
Wiedziałam też, że picie wody to dobry nawyk, który chcę przekazać synowi. Sama
piję tylko wodę, M. też.
Żeby była jasność, ja nie potępiam wszystkich, którzy dają swoim dzieciom
słodycze, czy soczki. Mówię tutaj tylko o konkretnym przypadku
mojego syna,
w konkretnym wieku. Bowiem koleżanki, o których mowa mają dzieci w podobnym
wieku do "naszego", czyli plus minus ok. roku.
Słodycze.
Nie przemawiają do mnie argumenty
typu: dziecko powinno spróbować słodkiego, czy: przecież musi mieć trochę
cukru. Kto powiedział, że słodycze, to jest coś czego tak małe dziecko powinno
spróbować? Przecież On nie wie co to są "ciasteczka", zatem mu ich
nie brakuje. Słodycze nie wnoszą żadnych wrtości odżywczych - słowem nic
dziecku nie dają. Roczny Synek mojej koleżanki zajada się chrupkami, gdy jest
ciepło je lody itp. Kiedy jest marudny dostaje chrupka i jest spokój, a ja wolę
się "potrudzić" zabawianiem B. niż "dokarmiać". Zatem
kiedy ktoś chce dać mu spróbować ciastka, polizać czekolady, ja mówię Nie.
B. codzienną porcję cukru otrzymuje w owocach, które dostaje na deserek.
Uwielbia niemal wszystkie, więc nie widzę przeszkód.
Słodkie
napoje.
Kiedy nastał moment wprowadzania
napojów w diecie B. odrazu wiedziałam, że będzie to woda. Na początku pił
tylko kilka łyczków, w ciągu dnia zbierało się tego może pół kubeczka. Wtedy
moja mama stwierdziła, że powinnam dać mu do picia herbatkę, albo soczek, to
napewno więcej wypije. A ja wiedziałam swoje - pije tyle ile potrzebuje. Jeśli
całkowicie nie odrzuca wody, to znaczy, że wszystko jest wporządku. Zdrowy
organizm doskonale wie ile płynów mu potrzeba. Nie myliłam się. Po niedługim
czasie B. wypijał coraz więcej, teraz jest to ok. półtora kubka dziennie, a
kiedy były upały, to nawet dwa-dwa i pół kubka. Natomiast trzy tygodnie mładsza
koleżanka B. pije jedynie soki, gdyż jej mama na początu uznała, że samej
wody napewno nie zechce i teraz, kiedy chciałaby to zmienić, Mała domaga się
jedynie soczku.
Podjadanie
między posiłkami.
Swego czasu nasi znajomi śmiali się,
że tak pilnujemy godzin karmienia, że nasz B. przykładowo o 19:55 będzie
jeszcze się bawił w najlepsze, a o równiutkiej 20 natychmiast zaśnie. I powiem
Wam, że coś w tym jest :-) Oczywiście nie pilnujemy czasu z dokładnością co do
minuty, jednak trzymamy się sałego rytmu dnia i uważam, że to jest bardzo dobre
zarówno dla nas, jak i dla B. On czuje się bezpiecznie, a my dokładnie
wiemy, kiedy możemy wyjść z domu, żeby nie złapało nas nieplanowane karmienie
(oczywiście mowa tutaj o karmeniu MM). To nie jest tak, że zawsze było różowo.
Był moment kiedy B. nie chciał jeść niczego. Wtedy załamywałam ręce,
martwiłam się, modliłam, prosiłam i groziłam, żeby zjadł choć odrobinę obiadu,
czy mleka, ale nawet wtedy nie złamałam swoich zasad. Jeśli zjadł tylko pół
obiadku, to za godzinę nie dostawał czegoś innego. Możecie uznać to za
bezduszność, ale prztrwaliśmy. B. jest zdrowy, zadowolony i je o swoich
stałych porach, zawsze do "ostatniego kęsa".
Mam nadzieję, że to co napisałam nie
wygląda, tak jakbym się wymądrzała, bo nie o to mi chodzi.
A więc, o co?
Reasumując mój długi wywód chcę napisać, iż uważam, że są takie aspekty
życia naszych pociech, o których to my decydujemy i to od nas i naszej
determinacji zależy jak będą wyglądały. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie
wszystko się da, że czasem mimo usilnych prób dziecko czegoś nie chce i koniec.
Jestem też świadoma, że nie wszyscy muszą mieć takie same zasady, czy poglądy,
na życie, wychowywanie, czy karmienie jak ja. I dobrze! Przecież ja nie wiem,
czy mój sposób jest najlepszy. Każdy z nas postępuję tak, jak mu się
wydaje,
że będzie dla jego dziecka najlepiej. Dlatego ja nie chcę przekonywać nikogo do
swoich racji. To tylko wyrażenie mojego zdania :-) Chętnie poczytam jakie jest
Wasze.
Judyta.
<wpis został przeniesiony z mojego poprzedniego bloga - tak na dobry początek>