piątek, 14 listopada 2014

dlaczego nie ma posta?


Ostatni tydzień przeleciał mi przez palce. Każdego dnia coś trzeba było załatwić, kupić, zrobić, ehh... Wspominałam Wam, że czeka mnie kolejna wyprawa na Wyspy i to tym razem na nieco dłużej, zatem przygotowujemy się i w tym wszystkim czasu kompletnie mi brak, a zostało tylko 6 dni. W piekarniku wypiekam właśnie... kubki (pokażę co zmajstrowałam, w swoim czasie, bo za wcześnie na to) :), na półce już czeka materiał i maszyna do szycia, bo muszę pewien prezent wyczarować, odprawić się jeszcze trzeba, dokupić parę drobiazgów. Dziś byliśmy na bilansie dwulatka (!), bo jutro zaszczytne urodzinki, a nie ma już kiedy zrobić badań. Wszystko jest dobrze, choć znów wirus się przypałętał. Okazało się, że Ben to wysoki facet, za to szczupły. Byłam już przygotowana na te wszystkie uwagi pani doktor "jaki on chudziutki", ale zaskoczyłam się pozytywnie, bo pierwszy raz usłyszałam, że nic nie szkodzi, że lepiej tak niż otyłość, że widać po jego cerze (zdziwiłam się), że ładnie je :). Przeraża mnie jutrzejsza organizacja urodzin. Niby plan jest i dekoracje, ale zakatarzony Ben mnie martwi, a przygotowania jakoś tak... osłabiają. Będzie dobrze, bo musi być! Tym samym moim "tyrzy po trzy" tłumaczę się z braku dzisiejszego konkretnego posta :)

Stay tuned, w niedzielę się odzywam :)









Judyta.





środa, 12 listopada 2014

co nowego szyciowego? :)

Dzisiejszy post nie będzie bogaty w słowa, a w zdjęcia. W ostatnim czasie uszyłam kilka rzeczy, które postanowiłam zebrać w jednym miejscu i Wam pokazać :) Nie wiem czemu, ale od dłuższego czasu nie szyję dużo, choć mam chęci, więc planuję to zmienić. Na razie to co już powstało:

spodnie dla Bena, które uszyłam z mojej za dużej koszuli :) Najgorsze jest to, że zrobiłam takie fajne zdjęcia jak w nich biega i teraz nigdzie nie mogę znaleźć :( Co najlepsze raz je znalałam, a teraz znów nie mogę. Zła jestem, że nie mogę ich Wam na nim pokazać, bo teraz mu się nieco przytyło i nie mieści już w nie na dole w nogawkach :D Za to jest powód by uszyć nowe, albo przerobić przerobione spodnie na spodenki :D



Na szybko zmajstrowałam poszewkę na poduszkę do Benkowego łóżeczka. Uszycie zajęło mi chyba z dziesięć minut, bo robiłam "na oko" :). Chmurkę z deszczem namalowałam pastelami do tkanin, wszystko od ręki, na spontanie, tak mnie akurat naszło.




Lalę uszyłam dla pewnej małej kruszynki i Ben tak się w niej zakochał, że musiałam jemu uszyć drugą :) To chyba ten magnetyczny kolor włosów, bo wiem że obdarowana kruszynka, też ją lubi :)



Dla tej samej małej osóbki uszyłam też kostkę z obrazkami z filcu, metkami i zawieszką do gryzienia.



To na razie wszystko, czym chciałam się z Wami podzielić :) Cieszę się, że to zrobiłam, bo jak patrzę na te zdjęcia to nachodzi mnie motywacja do tego, aby znów zasiąść przy maszynie. Jak na ironię więcej szyłam ręcznie, niż kiedy kupiłam wymarzoną maszynę do szycia... cała ja :)

W każdym razie na celowniku jest już coś nowego i na dniach się za to zabieram. Miłego wieczoru!






Judyta.












niedziela, 9 listopada 2014

"dobre rady" rozdają...komu, komu?



Dobre rady, o jak my wszyscy lubimy "dobre rady", te w cudzysłowie oczywiście. To właśnie one są rozdawane na prawo i lewo, wciskane niezależnie od tego czy obdarowywany jest zainteresowany nimi, czy też nie, zawsze opakowane "życzliwością" (i znów ten nieszczęsny cudzysłów). Każda mama (bo na tym się skupię) może sypnąć z rękawa całą garść "dobrych rad", które dostała od koleżanki, sąsiadki, pani w sklepie, na spacerze i w poczekalni u lekarza. Bo wszyscy się znają najlepiej, w rodzinie przecież już taki przypadek był, a to że nasze dziecko jest identyczne, to już pewne. Chciałabym napisać, że wcale się nie przejmuję, że spływa to po mnie jak po kaczce, no ale prawda jest taka, że czasem krew mnie zalewa i łatwo można mnie sprowokować. Najpewniej dlatego, że ja nikomu nie wciskam mojego sposobu na wychowanie. Sama wiem, jak to irytuje. Jasne, że jak ktoś się zapyta, to powiem jak to u nas było, a nawet jak było z moim siostrzeńcem na ten przykład, ale z zastrzeżeniem, że przecież nie u każdego się sprawdza. Ja też pytam, a potem przekładam na naszą rzeczywistość i czasem działa, a czasem nie. Wiadomo. Zmierzając do meritum sprawy ostatnio miałam tą niebywałą przyjemność dostać kolejną "dobrą radę" i tak mi to krew wzburzyło, że przyjrzałam się sprawie. Otóż zebrałam sobie parę takich "kwiatków".

Czasem Ben chodzi na paluszkach. W związku z tym z wyrzutem usłyszałam, że moje zaniedbanie w sprawie jego stópek skończy się w najlepszym wypadku rechabilitacją. Powinnam natychmiast zakładać mu paputki w domu i pilnować żeby więcej tego nie robił. Kiedy śmiałam powiedzieć, że najzdrowsze dla dziecka jest chodzenie na boso, ewentualnie w skarpetkach oberwało mi się, że kiedyś wszystkie dzieci nosiły papcie i było dobrze. Poinformowałam zatem że jesteśmy pod stałą kontrolą ortopedy (zaczęło się kiedy Ben "strzelał" kolankami, okazało się że to nic, ale chodzimy na kontrole) i lekarz niczego nie zauważyła. W odpowiedzi usłyszałam, że pewnie przeoczyła, a ja zaniedbuję sprawę. W akcie desperacji przeczytałam zatem na głos znaleziony w sieci artykuł medyczny, który mówi że to całkowicie normalne i zazwyczaj zanika około 2,5 roku życia (Ben niedługo skończy dwa latka) i dziecko robi to, bo pomaga maluchowi zachować równowagę, a także próbuje różnych rzeczy. Jasne, że to tylko internet, ale na Boga, nie pytam o poradę przysłowiowej Pani Krysi spod piątki, jeśli różne źródła podają to samo, myśli się logicznie, ufa swojemu lekarzowi, to chyba nie moża zrobić więcej. Wrrrrr...

Pomijam już namiętne nakłanianie do podawania mu słodyczy, bo pisałam o tym niedawno w poście "przecież dziecko musi miec troche słodkiego... Ja tego nie kupuję."

Usłyszałam też, że powinien pić herbatki, bo woda tylko przez niego przelatuje i co takiego woda zresztą mu daje (bo herbata to pewnie zostaje w organiźmie na zawsze, taaa). Dla jasności podaję mu też niesłodzone, naturalne soki, a do herbaty (nie słodzonej!) nic nie mam, tyle że on jej nie lubi. No ale "jak to tak, przecież Maciuś, Franuś, czy Julek lubi, to jak on może nie lubić?"(Przepraszam za użycie akurat takich imion w tym kontekście, wybrane przypadkowo).

To, że jest taki "drobniutki" i uwaga "ma chudą pupkę", słyszę od początku (choć ostatnio nieco prztył i przyznaję, że zostało to odnotowane). Nie będę się jednak rozpisywać, bo dobrze temat (z drugiego punktu widzenia) ujęła Zuzia w poście "czy niemowle musi mieć rozmiar XS?"

To, że nadal nie je cieżkich smażonych potraw (czyt. dlaczego nie je tego co wszyscy? No jak żyć?), jest wielkim zdziwieniem, bo przecież taki duży, a ja mu wciąż nie solę. Przyprawiam za to ziołami i sądzę, że nie wyrządzam mu krzywdy. W każdym razie nie narzeka.

Kwiatków jest oczywiście więcej, nie sposób też każdej "dobrej rady" zapamiętać, choć staram się staram, bo naturalnie każdą wcielam w życie, wszak co ja tam się znam, no i nie będę tu dziecka po swojemu wychowywać przecież :).

A jakie Wy macie "dobre rady" w zbiorach? Podzielcie się :)





Judyta.








piątek, 7 listopada 2014

2 urodziny Bena tuż tuż i nie damy się zaskoczyć. Mamy plan!

Chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać to, jak szybko ten czas leci. Już za osiem dni Ben skończy dwa latka! Przejrzałam sobie zdjęcia z poprzednich urodzin, kiedy kończył roczek wyprawiany w restauracji i łezka zakręciła mi się w oku. Nasza rodzina, tort z wąsem, muszka przy koszuli, prezenty i Ben podtrzymujący się parapetu, chwiejnym krokiem przemierza salę :) A teraz? Biega jak błyskawica, coraz więcej mówi, ma swoje zdanie, ciężko go zatrzymać w miejscu choćby przez chwilę i jest już taki "dorosły" w moich oczach. Ach...

W każdym razie na podsumowania i rozczulanie przyjdzie jeszcze pora w tym ważnym dniu :). Tymczasem urodziny będziemy spędzać w domu, zatem trzeba wybrać temat przewodni imprezy. Otóż pewnie nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jak powiem, że Ben jest wielkim fanem czterech kółek. Ot, taki wiek. Wszystko, co robi "brum brum", "iłu iłu", czy "ciuch ciuch", odrazu wywołuje wielki uśmiech na twarzy i miłość bezgraniczną. Za każdym razem kiedy odwiedzamy znajomych, albo jakiekolwiek miejsce w którym są zabawki bez zastanowienia biegnie do samochodów, reszta mogłaby dla niego nie istnieć :). Zatem wybór był oczywisty. Będą samochody, znaki drogowe, tort w kształcie auta, który mam zamiar sama zrobić i inne tematyczne dekoracje.

Pare elementów wystroju już jest :)



Wszystkie elementy wykonałam z papieru i zajęło mi naprawdę niewiele czasu. Planuję jeszcze całą masę tematycznych drobiazgów, które udekorują stół, dokupię balony, zrobię wspomniany tort w kształcie auta...plany są, czas na realizację, żeby ze wszystkim zdążyć :)



a tu nasza inspiracja - znalezione w sieci:




Co nam z tego wyjdzie zaprezentuję po urodzinach :) Może podrzucicie jeszcze jakieś pomysły? Zastanawiam się czy utrzymać wszystko w kolorach biało-czarno-czerwonych, czy wprowadzić jeszcze inne jak np. żółty, niebiski (na znakach drogowych itp.) ?







Judyta.





środa, 5 listopada 2014

wszystko na już i jeszcze szybciej!


Doskonale wiemy, jakie teraz mamy czasy spod znaku "fast". Wszystko musi być szybko, na wczoraj, a i to za wolno. Szybko jemy, szybko pracujemy, szybko jeździny. Szybciej, szybciej, szybciej...
I wiecie co? Ben podkręca tempo jeszcze bardziej :). Taki mamy teraz okres, że jeśli czegoś nie zrobię na już, albo jeszcze szybciej, to kończy się krzykiem. Po przyjściu ze spaceru, nim dobrze zamknę jeszcze drzwi, już słyszę jak żąda zdjęcia kurtki, no to czym prędzej (cała zgrzana i ubrana oczywiście) zdejmuję tą nieszczęsną kurtkę. Ale naturalnie robię to o wiele za wolno, bo ledwie rozpinam zamek, a przecież buty jeszcze są na nogach! Jak mogłam do tego dopuścić?! Więc jedną ręką ściągam suwak w dół, a drugą już majstruję przy bucikach. Czemu tak wolno? Nie mam pojęcia, zwłaszcza że Ben uważa iż już dawno powinnam piątą i szóstą ręką zdjąć czapkę i apaszkę. Uff, rozebrany, chciaż powinnam się porządnie wstydzić, że musiał się tak irytować z powodu mojej opieszałości. W końcu mogę spokojnie zdjąć sobie buty, kurtkę, odwiesić torebkę... zaraz zaraz, czy ja zwariowałam?! To nie te czasy, tu trzeba szybciej! Przecież Ben już, w tej chwili i na teraz żąda picia, już krzyczy "okuła!" (czyli odkurzacz, bo namiętnie jeździ po panelach rurą z odkurzacza, która jest schowana w szafie w przedpokoju), no i jeszcze "ćitać!", nie ma zmiłuj. Wszystko na już i... już!

Hola, hola drogi panie! Rąk to ja mam tylko sztuk dwie, głowę jedną, a poziomu cierpliwości, cóż może i to są złoża odnawialne, ale też bywają na wyczerpaniu. Więc mówię czasem z resztką spokoju: "Stop. Mama ma tylko dwie rączki i nie może tego zrobić szybciej". Na co Ben patrzy zdziwiony, po czym głaszcze mnie swoją małą rączką w geście pocieszenia i mówi: "łaaa", co oznacza "ładna" i jest dobrze. Matka rozczulona, baterie naładowane, by... po chwili karuzela ruszyła od nowa. Szybciej! Teraz! Na już!

Czy u Was też wszystko kręci się na podwyższonych obrotach i rządzi Wami fast and furious? :)







Judyta.





wtorek, 4 listopada 2014

domowy oldschool, czyli zabawy z dzieckiem.

Kiedy za oknem szaro, buro i ponuro, lub siedzenie w domu to nie wybór a konieczność (jak w przypadku naszej choroby) trzeba uruchomić pokłady kreatywności. Urządziliśmy sobie z Benem tydzień zabaw z mojego dzieciństwa. Takich, co to nie wymagały nowinek technicznych, żadnych grających i świecących super ekstra wypasionych zabawek, za to cieszyły ogromnie i nie chciało się ich przerywać. Wszyscy pewnie doskonale je znamy i praktykujemy, bo naprawdę warto je odkurzyć. Najlepsze jest to, że z takich zabaw przy niewielkich modyfikacjach będzie zadowolony zarówno bobas, roczniak, dwulatek, trzylatek, czterolatek jak i... niemal 27- latka :) Have fun!

Masa solna, zrobiona według najprostszego przepisu (w proporcjach 1:1:1/2 mąka, sól, woda).
Nie pytajcie co to jest, przyjmijmy że stworek :) lepiliśmy też różne zwierzątka, a Ben wbijając rączki z całych sił w masę pytał tylko "co to?" To nie była nasza pierwsza przygoda z masą, ale on tak szybko rośnie, że co jakiś czas dziwi się, jakby odkrywał ją zupełnie na nowo.







Zamek, to coś w co lubimy się bawić, zwłaszcza ukryci z pluszakami i poduszkami. Ben uwielbia też wchodzić z każdej strony odsłaniając koce i bawiąc się w "a kuku". Wtedy to ja muszę siedzieć w środku, a on cieszy się kiedy wołam "gdzie jest Beniaminek?", po czym zaglada z którejś strony, wchodzi, wychodzi, kładzie się i wygłupia.






Malowanie kaszą to fajna sprawa, kiedy kredkami jeszcze nie wychodzi. Dodatkowo można poczuć w paluszkach ciekawe faktury. Jako płótno posłużyła nam blacha do pieczenia :)







Zabawy z wodą, to jest to. Takie zabawy prowadzimy przy każdej kąpieli, ale przecież warto bawić się częściej, bo zabawa w wodzie nigdy się nie nudzi.





Kto by pomyślał, że tyle zabawy będzie przy... Zamiataniu? :) Ben kazał mi trzymać szufelkę, a sam zamiatał misie, potem je rozsypywaliśmy i znów było zamiatanie i tak w kółko.




Domowy teatrzyk. Pamiętam jak w dziecistwie wstawiałam sztuki, teraz czas na nowy repertuar :) Wstarczą dwa krzesła, kilka kocy i pluszaków. Ben tworzył sztukę razem ze mną biorąc do ręki jednego z aktorów i naprawdę fajnie nam to wychodziło.







A dlaczego by tak nie założyć kapeli garażowej? Perkusista już ćwiczy i ma sporo radości kiedy może się tak wyżyć :)




Pomysłów jest oczywiście dużo, dużo więcej. Wkorzystać można przecież niemal wszystko, choćby zwykły karton, czy rolkę po ręcznikach papierowych...


Lubicie odkurzać stare zabawy? Może pokusicie się o własny tydzień pod hasłem "domowy oldschool", który uda Wam się zamieścić na blogu ? Co powiecie na takią listopadową zabawę? Jeśli uda Wam się uwiecznić ją na zdjęciach i przygotować post, to będę bardzo szczęśliwa. Podeślijcie też link, do Was, a zamieszczę go u siebie :)







Judyta.





niedziela, 2 listopada 2014

Last month.

Choć przez swoją dłuższą nieobecność na blogu powinnam raczej napisać "last few months" :) Czas biegnie jak szalony, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Dopiero było lato, teraz tkwimy w jesieni, a na horyzoncie widać już zimę. Jak powstrzymać to szalone tempo?

Zapraszam Was na mój mix zdjęć z niedalekiej przeszłości :)




Powyższe zdjęcia to kolejka linowa "Elka" w Parku Chorzowskim. Wreszcie się wybraliśmy i fajna sprawa. Do kabiny można spokojnie wjechać wózkiem, są też otwarte krzesełka. Pamiętam tą kolejkę z dawnych lat i fajnie znów było się przjechać :)





Powyżej zdjęcia z przyjaznej rodzinom knajpki. Jest naprawdę fajny kącik zabaw, pokój matki z dzieckiem, a na zewnątrz plac zabaw z animatorką w każdy weekend wakacji. Jeśli jesteście z okolicy to pewnie kojarzycie to miejsce, zresztą już kiedyś o nim pisałam nawet :)


Zdjęcie z naszego remontu. Na szczęście już dawno remon skończony, zostały jak zwykle drobiazgi. Jak tylko dopieszczę całość, to pokażę / malowanie farbą fasadową, którą zachwalał sprzedawca, to była niezła męka. Mało wydajna, pryskała na wszystkie strony, ehhh malowania mam dość na jakiś czas.



Jesiennie w kuchni: Korzystam z piekarnika, który kupiliśmy dopiero przy okazji remontu / jesienne klimaty i kaloszki Bena, które uwielbiam / zupka marchewkowo dyniowa z ryżem / gotujemy krem pomidorowy według przepisu Zosi Cudny. Bardz spodobał mi się patent dodania gruszki jako sposobu na dosłodzenie.




Ach, jakbym chciałabym żeby te ciepłe dni wróciły...

Nie mogę pominąć oczywiście naszych wakacji na Wyspach. Nie będę Was jednak zamęczać tuzinem kolejnych zdjęć, bo możecie je zobaczyć w postach, które na ten temat przygotowałam (Londyn part 123) :) Jest coś co wyszperałam. Pisałam Wam o najwyższym ukoczonym wieżowcu w Europie, The Shard. Przeglądając stare zdjęcia odkryłam, że będąc tam kilka lat temu z M. uwieczniliśmy na fotce jego budowę, a kiedy byliśmy teraz był już ukończony i dumnie sięgał do chmur :) Fajnie tak cofnąć się w pamięci i pomyśleć jak to było, ale też przypomina mi to o jedym okrutnym fakcie: lata lecą, a my nie młodniejemy...








Judyta.