czwartek, 23 października 2014

(od)lot z dzieckiem, czyli Londyn part. 2

Nasze dwa tygodnie pobytu w Londynie z góry było zaplanowane "na luzie". Nie chcieliśmy przygotowywać napiętego, wyczerpującego grafiku, który posypałby się w momencie jakiejś nieprzewidzianej sytuacji, których z dziećmi nie brakuje. Poza tym lwią częścią naszego planu było po prostu spędzenie czasu z naszymi serdecznymi przyjaciółmi P&P, o których wspomiałam wcześniej :)

W poprzednim poście ("(od)lot z dzieckiem, czyli Londyn part.1") pisałam Wam już o naszej podróży samolotem, a także spacerze w centrum Londynu podczas którego podziwialiśmy typowe turystyczne "must see" :). Dziś chciałam Was zabrać do Muzeum Historii Naturalnej, do Notting Hill i na przegląd naszych "zwyczjanych" zdjęć... no to lecimy!

Natural History Museum. Kolekcja muzeum liczy ponad 70 milionów eksponatów i jest ono podzielone na pięć głównych działów: botanika, entomologia, mineralogia, paleontologia i zoologia. Aby zwiedzić je w całości z pewnością potrzeba więcej niż jednej wizyty! Piękny budynek, ciekawe wnętrze. Wstęp do niego jest bezpłatny i przed wejściem zastaliśmy gigantyczną kolejkę. Na szczęście posuwała się ona bardzo szybko. W środku wiele rzeczy można dotknąć, poczuć, wypróbować, doświadczyć. To wspaniała zabawa, ale i nauka zarówno dla dzieci jak i dorosłych!

Ten niezwykły kamień był kiedyś...żywym drzewem.

W Muzeum znajdują się ekspoaty zwierząt naturalnej wielkości. Największe wrażenie zrobił na mnie płetwal błękitny (niesamowite jest to jaki "człowieczek" jest w rzeczywistości malutki), w zasadzie cały zbiór prezentował się naprawdę imponująco.


Tuż obok można było sprawdzić swoją wagę i przeliczyć ile osobników naszej wagi potrzeba by na np. słonia, nie powiem ile mnie wystarczy :P


Jest i pumba! :)


Z zaciekawieniem przeszliśmy przez dział poświęcony człowiekowi. Wykonaliśmy masę ciekawych doświadczeń i zobaczyliśmy.... ludzki mózg wraz z kręgosłupem. Długo będzie mi się to przypominać. Dobrze, że Ben spał, a nawet gdyby nie, to jeszcze niewiele z tego rozumie :) Na zdjęciu bobo, jakie każda mama miała w brzuszku :)


Liznęliśmy jeszcze nieco stworzeń morskich, gadów, a przed wyjściem jak przystało na pilnych uczniów narysowaliśmy, czego się nauczyliśmy :P

Dość już tych muzealnych murów. Zabieram Was do dzielnicy, którą znają chyba wszystkie wielbicielki komedii romantycznych, Julii Roberts czy Hugh Grant'a :). Oczywiście mowa o Notting Hill. My pojawiliśmy się tam za sprawą corocznego karnawału, zapoczątkowanego przez afroamerykańskich imigrantów na przełomie lat 50 i 60 - Notting Hill Carnival. Rozciąga się na 5 km, są platformy, muzyka i tańce. Trwa dwa dni i pierwszy z nich miał być poświęcony rodzinom. No właśnie, "miał być", bo to była zwykła popijawa, tona śmieci, unoszącej się w powietrzu zielonej używki i daaaleko odbiegało to od klimatów rodzinnych. Mimo to, skoro już tam trafiliśmy, pstryknęłam kilka fotek karnawału, jak i znacznie przyjemniejszej architekturze. Obiecuję sobie, że tam wrócę, kiedy będzie cicho i spokojnie, zwłaszcza że marzy mi się odwiedzenie targu na Portobello Road.












Jeśli dotrwaliście do tego momentu, ba! macie ochotę nawięcej, to na koniec dzisiejszego wpisu zaserwuję Wam kilka luźnych zdjęć, z różnych miejsc i sytuacji :) enjoy!


Znaleźliśmy oczywiście czas na zabawy na placu zabaw. Przez kilkanaście minut była piękna pogoda, słoneczko, a potem w minutę wszystko się odwróciło i musieliśmy chronić się przed deszczem pod drabinkami i zjeżdżalniami :) Ogólnie typowa angielska pogoda towarzyszyła nam każdego dnia, dlatego tak ciężko było ubrać się stosownie do pogody. Głównie wyglądało to tak, że Ben miał w wózku wszystkie możliwe warianty ubrań, a my, no cóż główie jak trafiliśmy tak było.




Przed "naszym" blokiem, w nowej kamizelce i sweterku, które dostaliśmy w prezencie :)



Tyyyyle książek, kto by się nie zatrzymał, żeby przewertować parę kartek, no kto? Rodzice którzy muszą pędzić, żeby znaleźć dogodne miejsce do nakarmienia i przewinięcia małej istotki i ich współtowarzysze :)


Zdjęcia ze Szkotem, to ja sobie nie odmówię, o nie :)

 Być DJ'em można w każdym wieku :)


 Czy to Wam nie przypomina jakiegoś polskiego supersamu z dawnych lat, czy czegoś podobnego? :)



Harrods. Luksusowy dom towarowy na Brompton Road, w dzielnicy Knightsbridge. oj jak ja żałuję, że był już zamknięty! Wielka szkoda,bo to kolejne miejsce które naprawdę warto choćby zobaczyć i podziwiać.



Widzicie, to zróżnicowanie w ubiorze? Ja letnio - Ben śpi pod kocykiem. Już po chwili marzłam otulona swetrem, a potem znów chwila ze słońcem. I weź tu człowieku ubierz dziecko, siebie i bądź mądry.

Za to na grę w piłkę zawsze jest pogoda!



Jeśli wciąż macie jeszcze ochotę na Londyn, to w przyszłym poście zabiorę Was do chyba najbarwniejszej dzielnicy i nad morze :) Co Wy na to?






Judyta.






środa, 22 października 2014

(od)lot z dzieckiem, czyli Londyn part. 1

Jak dobrze przygotować się do lotu samolotem z małym dzieckiem? Bardzo dobrze. Niezależnie od tego, czy lot jest krótki czy długi podróżując z żywym niespełna dwulatkiem, lepiej być przygotowanym na wszelkie atrakcje. Nasz lot z Katowic do Londynu trwał zaledwie ok. 1,5 godziny, a byłam pewna, że z Benem nie obejdzie się bez dodatkowych emocji.


Jeśli korzystacie z tanich linii lotniczych, to pewnie wiecie, że czasem można upolować naprawdę atrakcyjne ceny biletów. Niestety, często wiąże się to z pewnymi niedogodnościami, jak np. niezbyt sprzyjająca pora wylotu. Dlatego naszą podróż rozpoczęliśmy już od pobudki o 3 nad ranem, potem jazda na lotnisko i cała przeprawa do odlotu. Pomimo, że Ben akurat tak wczesną pobudkę zniósł naprawdę dobrze, warto wcześniej pomyśleć o bardziej "ludzkiej" godzinie wylotu :)


Co zabrać ze sobą do samolotu w bagażu podręcznym? My mieliśmy pod ręką:
Kocyk i płaską poduszeczkę Bena,
Ulubionego Misia, bez którego ta podróż w żadnym wypadku nie mogłaby się odbyć,
Wodę, kupioną w strefie bezcłowej
Kanapkę,
Zapasowe ubranie,
Pieluchy, choć Ben już jest na co dzień "odpieluchowany", to jeszcze w takich sytuacjach zakładamy,
Telefon z wgranymi "Teletubisiami", autka

Zapasowe ubranie i pieluchy przydały się bardzo szybko, gdyż Ben podczas startu tak się namiętnie wyrywał, komunikując przy tym wszystkich współpasażerów o swojej niedoli, że jakimś cudem zmoczył spodnie, w dodatku nie tylko swoje ale i M. (niestety o zapasowym ubraniu dla dorosłych nie pomyśleliśmy) :)
Dziecko poniżej 2-go roku życia podróżuje na kolanach rodzica przypięty do niego specjalnym pasem. I to była nasza tykająca bomba. O ile sam samolot w niczym Benowi nie przeszkadzał i był względnie zadowolony, o tyle kiedy trzeba było przypiąć go pasami i miał tak wytrzymać całą procedurę startu (co zajęło ok.20min.) zaczęła się jazda.
Znacie to, kiedy lecicie gdzieś, lub podróżujecie w inny sposób i jakieś dziecko krzyczy, płacze, wyrywa się, a wszyscy współpasażerowie patrzą na przemian z politowaniem i ciskającymi gromami z oczu? Cóż, tego dnia to było nasze dziecko. Zarówno przy starcie, jak i lądowaniu dał popis swoich umiejętności, a my mistrzowski pokaz cierpliwości. Dlatego dla odmiany zamiast się zachwycać nad dzieckiem, napiszę: dzielni my- rodzice! :).

Po tym krótkim, acz wyczerpującym locie dotarliśmy do Londynu. No, nie tak odrazu, najpierw oczywiście jazda samochodem z lotniska, gdyż Luton na którym lądowaliśmy znajduje się ok. 50km od centrum Londynu.


Zamiast tradycyjnej herbatki wypiliśmy porządną kawę i ruszyliśmy nacieszyć oczy (w zasadzie po raz kolejny, ale z Benem po praz pierwszy) to, co każdy turysta lubi najbardziej :)

Big Ben - kiedy zaczęliśmy spacer szybko sobie przypomniałam jak wietrznym miastem jest Londyn, wiało na potęgę, zwłaszcza na mostach i przy wielkich budynkach, które idealnie sprzyjają przeciągom.



The Shard. Budynek został zaprojektowany przez włoskiego architekta Renzo Piano, liczy sobie 309,6 metrów, co daje 72 kodygnacje i jest najwyższym ukończonym wieżowcem w Europie. Wierzcie mi, kiedy stanie się pod nim i spojrzy do góry to robi wrażenie! Na ostanich piętrach jest taras widokowy dla zwiedzających.


St Paul's Cathedral. Znajduje się w samym sercu londyńskiej dzielnicy City of London. Wewnątrz katedry znajduje się kilka galerii, wśród nich Whispering Gallery (Galeria Szeptów); dzięki doskonałej akustyce można się tam porozumiewać szeptem z odległości 30m.


London Eye. Oko Londynu, to koło obserwacyjne znajdujące się południowym brzegu Tamizy, między mostami Westminster i Hungerford. Ma wysokość 135 metrów, a jego pełny obrót trwa około 30 minut. Tuż pod "Okiem" znajduje się skwer, na którym odpoczywaliśmy po dłuuuugim spacerze, a nieopodal podziwialiśmy ulicznych artystów:





Mój mały artysta :)


30 St Mary Axe. Wieżowiec znajduje się w głownej dzielnicy finansowej City of London. Został zaprojektowany przez Normana Fostera, liczy 40 pięter i 180 m wysokości. Dzięki temu nieco stożkowemu kształtowi nie powoduje on takich przeciągów na poziomie ulicy, jak pozostałe wysokie budynki. Nazywany jest też "korniszonem", ale słyszałam różne inne ciekawe nazwy :)


To tylko oczywiście mały wycinek tego, co Londyn ma nam do zaoferowania. Już tego dnia widzieliśmy o wiele więcej, jednak zamieszczenie zdjęć wszystkich wspaniałych, ciekawych, starych, czy współczesnych tworów architektury tego miasta byłoby po prostu niewykonalne :) A przed nami były jeszcze dwa wspaniałe tygodnie.

W tym poście chciałam pokazać, jak kontrastowy jest krajobraz tego miasta. Nowoczesne, metalowe, szklane formy, przeplatają się z pomnikami, katedrami, monumentalnymi budynkami. Już samo to tworzy niepowtarzalny klimat, który jest wart zobaczenia tego na własne oczy.


Zwiedzanie z dzieckiem, oczywiście nie jest tak beztroskie jak w pojedynkę. Tu pora na drugie śniadanko, tam drzemka, trzeba zaleźć miejsce na obiad, czy zmierzyć się ze zwykłym marudzeniem. Jeśli do tego dołożymy niemowlaczka naszych kochanych P&P, który regularnie (a nawet bardziej) domaga się karmienia, przewijania i innych zabiegów, to mamy niezły młyn. W tłumie z dwoma wózkami i czterema dorosłymi osobami trzeba  nieźle manewrować i wszystkiego pilnować. Tak więc może i jest to kompletny odlot, ale wspomnieia nieziemskie!



W kolejnym poście będą zdjęcia na luzie. Kadry uchwycone w biegu, kilka rzeczy które przykuły nasz wzrok...






Judyta.







wtorek, 21 października 2014

"Heloł!" Jesteście tu jeszcze? :)

Witam Was kochani moi! Wiem, że nie było mnie tutaj całe lata świetlne, czyli poad cztery miesiące (!). Łał, to naprawdę tyle już minęło? Zupełnie nie uwierzycie w to, co Wam opowiem. Wiem, że każdy się tak tłumaczy, ale ja naprawdę musiałam walczyć z nalotem kosmitów, zapobiec zdetonowaniu bomby nuklearnej, obronić się przed atakiem dzikiego lisa, a na koniec uratować kotka, który ugrzązł na drzewie :) A prawda jest taka, że czułam się wypalona, przytłoczona i zwyczajnie musiałam za blogowaniem zatęsknić, poczuć jak bardzo mi tego brakuje.

Southend on Sea, piękne miejsce!

Przez ten czas wiele się u mnie wydarzyło (pewnie jak i u Was, co na pewno sprawdzę i nadgonię!). Ben zbliża się do wielkiej granicy bycia dumnym dwulatkiem i bywa, niezły buntownik z niego. W wakacje odwiedziliśmy Wielką Brytanię, o czym Wam z pewnością w najbliższych postach opowiem. Diametralnie zmieniliśmy wygląd naszego malutkiego mieszkanka, dzięki czemu Ben wyprowadził się "na swoje" :). Kto czytał mój porzedni blog "benkowo", ten widział nasze kąty i wie, że 17m kw pokoju musiało wystarczyć nam za salon, sypialnię, jadalnię i pokój Bena. Niebawem pokażę jak rociągnąć taki metraż do dwóch pokoi :) Moje letnie piegi coraz bardziej idą w niepamięć, a za miesiąc znów odwiedzamy stolicę popołudniowej herbatki. Zatem mam nadzieję, że wybaczycie mi nieobecność i zostaniecie ze mną, choćby z ciekawości :) Nie zmuszajcie mnie żebym uciekała się do przekupstwa Was :)



Camden Town



ps. Dziękuję za Wasze maile i komentarze, bardzo mi miło, że o mnie pamiętaliście! Przepraszam, za brak odpowiedzi z mojej strony, jednak odcięłam się zupełnie, więc nie zaglądałam nawet do skrzynki.

Stay tuned!






Judyta.